Najnowsze informacje
anal pump

Teraz mój dom jest w Płocku

Z Michałem Kubisztalem, rozgrywającym drużyny piłki ręcznej Wisły Płock, rozmawia Jola Marciniak

– Gdzie jest teraz dom rodziny Kubisztalów?
– W pewnym sensie mój dom jest teraz w Płocku. Zawsze będzie tam, gdzie moja najbliższa rodzina, czyli żona i dwie córeczki: 3,5-letnia Nadia i urodzona w maju tego roku Oliwia.
– Wcześniej dom mieliście w Berlinie…
– Tak, poprzedni był w Berlinie, a jeszcze wcześniejsze w Lubinie, Wrocławiu. Ale takie jest życie sportowca, mam tylko nadzieję, że już niedługo ta tułaczka się skończy. Kariera sportowca na szczęście nie trwa całe życie i spodziewam się, że już niedługo gdzieś osiądziemy. Prawdopodobnie będzie to właśnie Lubin, gdzie spędziłem większość mojego życia, tam budujemy dom, ale na razie nie potrafię sprecyzować swoich ostatecznych planów na życie, więc trudno mówić z całą stanowczością, gdzie to będzie.
– Czyli nie masz jeszcze pewności, co będziesz robił po zakończeniu kariery?
– Te plany już tak gdzieś zaczynają się krystalizować, ale trudno mówić, że tak właśnie będzie. Kiedy byłem młody, to nie wyobrażałem sobie na przykład pracy szkoleniowca, trenować takiego gamonia jak ja, to chyba bym nie wytrzymał. Ale życie uczy pokory do wszystkiego i coraz bardziej zdaję sobie sprawę, że trudno mi będzie uciec od sportu.
– Rozmawiamy tuż przed Wigilią. Wcześniej wspomniałeś, że poprzednie były skromne. Jakie będą tegoroczne święta?
– Ostatnie cztery lata spędziłem w Niemczech, a tam nie ma czegoś takiego jak przerwa świąteczna w rozgrywkach, tam się w tym czasie gra. W zeszłym roku rozgrywaliśmy mecze 22, a potem 25 i 30 grudnia. Nie było więc czasu na święta. Jeszcze w pierwszym roku, jak zacząłem grać w Berlinie, to udało się ściągnąć rodzinę, przyjechali rodzice, bracia, ale później było coraz ciężej. Każdy ma przecież swoją rodzinę, a zostawienie wszystkiego i wyjechanie za granicę nie było takie proste. Mimo tego, żona zawsze starała się, by te święta były wyjątkowym czasem, zwłaszcza kiedy byliśmy już razem z Nadią. Spotykaliśmy się wtedy z Bartkiem Jaszką, robiliśmy wszystko, żeby było świątecznie. W tym roku chcemy spędzić te dni z całą rodziną, odwiedzimy rodziców, a ponieważ obie rodziny są dość liczne, więc będziemy świętować w sporym gronie.
– Po ostatnim meczu z Chrobrym macie kilka dni wolnego przed rozpoczęciem przygotowań do drugiej części rozgrywek?
– Zaplanowanych jest około dwóch tygodni, zajęcia będą wznowione prawdopodobnie 4 stycznia.
– O rozgrywkach dziś nie będziemy rozmawiać, ale jestem ciekawa i mam nadzieję, że czytelnicy także, jak sportowiec tworzy dom w obcym mieście, w obcym kraju, gdzie jest bez rodziny, znajomych i przyjaciół?
– Zawsze jest to taki dom na teraz. Najtrudniejsza jest sytuacja, kiedy są dzieci, bo dla nich przeprowadzka to wielka zmiana w życiu, ale i najszybciej przyzwyczajają się do miejsc. Na szczęście Nadia jeszcze nie chodzi do szkoły, dopiero wtedy byłby problem. Mam nadzieję, że do czasu rozpoczęcia przez nią nauki będziemy ustabilizowani, osiądziemy w jednym miejscu. Myślimy nad tym, że może od nowego roku Nadia pójdzie do przedszkola.
– Cały czas wracamy w rozmowie do czasów, gdy skończysz karierę sportowca? Co to znaczy, że nie chciałbyś trenować takiego gamonia jakim byłeś? Jakim chłopakiem był kiedyś Michał? Czy marzył o rozpoczęciu kariery, czy myślał, że to będzie tylko przygoda?
– Nadal uważam, że to jest tylko przygoda. Dla mnie kariera to wielkie słowo, wszystko zależy, jak będziemy je definiować. Dla jednych karierą będzie debiut w ekstraklasie, dla innych próba sił w mocnym, zagranicznym klubie i gra w reprezentacji.
– Wróćmy do pytania, jakim chłopakiem był na początku Michał?
– Na pewno wydawało mu się, że świat leży u jego stóp. Dość szybko zaczął grać w ekstraklasie i uwierzył, że tak będzie zawsze. Na szczęście trafił na odpowiednich ludzi, trenerów, którzy potrafili nim pokierować.
– A któremu trenerowi najwięcej zawdzięczasz?
– To nawet trudno powiedzieć. Do ekstraklasy ściągnął mnie nieżyjący już Jerzy Klempel. Zauważył mnie, uwierzył w moje możliwości i dał szansę gry. Teraz powinienem wymienić nazwiska wszystkich trenerów, bo każdy miał na mnie wpływ, ale największy to chyba Bogdan Falęta. To był fantastyczny człowiek, który miał świetną rękę do młodych zawodników. Potrafił nas ukierunkować, pokazać, jakie robimy błędy i w którym kierunku iść, jeśli chcemy grać na wysokim poziomie. Byłem wtedy nieopierzonym gówniarzem, miałem chyba 17 lat i dobrze, że to on stanął na mojej drodze.
– W polskiej lidze osiągnąłeś bardzo wiele. Czy trudna była decyzja, by wyjechać do Niemiec i tam kontynuować karierę?
– To była raczej świadoma decyzja, dojrzałem już do tego, że zrozumiałem – jeśli chcę coś osiągnąć, zobaczyć w życiu, spróbować, to najwyższy czas wyjechać. Chciałem sam się przekonać, czy poziom, który prezentowałem, wystarczy do gry wśród najlepszych. Dla mnie to był wtedy optymalny moment do sprawdzenia się w najlepszej lidze świata. Miałem jakieś inne propozycje, ale ta do Fusche Berlin była najkonkretniejsza. Mieliśmy z żoną niewiele czasu, zaledwie kilka dni na podjęcie decyzji, czy likwidujemy wszystko i wyjeżdżamy. Żona była wtedy w ciąży, a ponieważ jechał też z nami Bartek Jaszka, to wierzyłem, że będzie dobrze.
– Czy z perspektywy czasu możesz potwierdzić, że to była dobra decyzja?
– Bardzo dobra. Zobaczyliśmy z żoną, jak to jest za granicą, że to ciężki chleb, inny niż to, co słyszy się w opowieściach kolegów. Ale to nie znaczy, że stała nam się tam jakaś krzywda, tyle że kosztowało to więcej pracy niż tu, w kraju. Bo tam, jak ktoś przychodzi z zewnątrz, to musi pokazać, że jest lepszy od miejscowego. Niestety, u nas w kraju jest z tym różnie. Na szczęście już teraz nie zawsze jest tak, że jak ktoś przychodzi z zagranicy, to od razu ma wszystko. Dziś coraz częściej dostrzega się to, że nie wystarczy tylko wydać pieniądze.
– Pół roku jesteś w Płocku. Czy coś Cię tu zaskoczyło?
– Do Płocka przymierzałem się bardzo długo, pierwszy raz chyba z dziesięć lat temu. Niestety, gdzieś tam zawsze się mijaliśmy, w końcu zdecydowałem się i cóż, no wieża Babel. Gdzieś to się odczuwa. I choć nie jest to złe rozwiązanie, to należy pamiętać, że na budowę takiego zespołu potrzeba czasu. Nie da się tak, że wchodzimy na boisko i wszystko gra. A dodać trzeba, że wielki sukces na koniec poprzedniego sezonu też miał wpływ na rozbudzenie ambicji. Balon został mocno nadmuchany i teraz z wielkim hukiem pęka. Dobrze, że cały czas powtarza się, że zespół jest dopiero budowany, ale nie do wszystkich to dociera.
– Jak długo masz zamiar grać w Płocku?
– Mam kontrakt 2+1, czyli trudno powiedzieć. Na razie wiadomo, że grać będę dwa lata. A potem usiądziemy z szefami klubu i będziemy rozmawiać. Jeśli uznamy, że wszystko idzie w dobrym kierunku, to nic nie będzie stać na przeszkodzie, by przedłużyć kontrakt na kolejne dwa, może trzy lata.
– Tematów do rozmowy byłoby jeszcze dużo, ale ciekawa jestem, czy Ty, jako gwiazda tej drużyny, jesteś już rozpoznawalny w Płocku. W końcu to na mecze przychodzi kilka tysięcy ludzi, którzy Cię znają i podziwiają?
– Myślę, że jeszcze daleko nam do takich prawdziwych gwiazd. I całe szczęście. Zresztą moim zdaniem gwiazdy to są na niebie, my na ziemi chcemy wykonywać dobrze naszą pracę. Fajnie jest być rozpoznawalnym, ale tylko od czasu do czasu, bo w codziennym życiu to przeszkadza. Na razie mogę bez problemu robić zakupy, mogę spacerować z rodziną i z tego wynika, że aż tak rozpoznawalni nie jesteśmy.
– Powiedziałeś kiedyś, że największy rywal Wisły, drużyna Vive Kielce, ma lepszy skład. Czy to znaczy, że może być ciężko w walce o powtórzenie sukcesu z poprzedniego sezonu?
– Ale dodałem także, że na papierze. Ale to nie nazwiska grają, tylko ludzie. Oczywiście Vive jest faworytem, ma większe pieniądze i aktywa, także gwiazdy w składzie, ale jeśli wszystko zostanie poukładane i zaczniemy grać jak drużyna, to na pewno nie jesteśmy na straconej pozycji. I mogę już dziś obiecać, że będzie ciekawie.
– Bardzo dziękuję za rozmowę.

Zobacz kolejny artykuł

Czołówka ucieka Nafciarzom

Wisła zanotowała wcześniej trzy zwycięstwa z rzędu na swoim boisku. A ponieważ grała ciekawie, szybko …