Reklama

Miałem szczęście do dobrych ludzi

26/01/2011 08:19
Rozmowa z Szymonem Marciniakiem, jednym z siedmiu zawodowych sędziów piłki nożnej w Polsce, sędzią międzynarodowym.
– Zanim porozmawiamy o tym, co dziś robisz, opowiedz o swoich pierwszych kontaktach z piłką nożną...
– Późno, dopiero w wieku 15 lat, zacząłem grać w piłkę nożną. Wcześniej uprawiałem kolarstwo. Mój przyjaciel z dzieciństwa Łukasz Pachelski zaprosił mnie na zajęcia. To był bardzo dobry rocznik, obok Łukasza także Van Geworgyan, Bartek Grzelak, a prowadził zespół znakomity trener, taki ojciec i nauczyciel Tadeusz Prosowski. Nie wszyscy zostali sportowcami, ale pokończyli szkoły, trener pilnował, żebyśmy wyrośli na ludzi. Kiedy przyszedłem na pierwszy trening, to trudno było przekonać trenera Prosowskiego, by dał mi szansę, ponieważ grupa była tak silna. Ostatecznie szansę dostałem i zostałem „młodym Wiślakiem”. A jeśli do tego dodać, że wywalczyliśmy IV miejsce Mistrzostw Polski juniorów starszych, przegraliśmy tylko z Wisłą Kraków i Lechią Gdańsk, to mogę powiedzieć, że dobrze się zapowiadałem. Po mistrzostwach dostałem propozycję wypożyczenia do Niemiec. Grałem w amatorskiej drużynie, ale sporo skorzystałem. Przede wszystkim nauczyłem się języka. Pograłem w piłkę jako młody, 19-letni chłopak, zarobiłem dla siebie jakieś pieniądze i wróciłem do Płocka. Moje życie potoczyło się w innym kierunku. Piłka nie była na takim poziomie, jak to sobie wyobrażałem, wypożyczono mnie do Kujawiaka Włocławek, tam też tworzyła się fajna grupa. Awansowaliśmy do III ligi, ale później przyszedł czas na rozstanie. Założyłem rodzinę, a drużyna awansowała do II, a potem do I ligi. Być może moje losy potoczyłyby się inaczej, gdybym został w Kujawiaku, ale nie ma czego żałować.
– Od razu zacząłeś sędziować mecze piłki nożnej?
– Namówili mnie do tego ówczesny prezes OZPN Zbigniew Kowalski i mój kolega Rafał Szczytniewski, który grał ze mną w Kujawiaku, a wtedy rozpoczął swoją karierę sędziowską. Przyznam się, że kiedy byłem piłkarzem, to można powiedzieć, że byłem wrogiem sędziów. Teraz, kiedy udało mi się tyle osiągnąć, pamiętam jeszcze, co czułem jako piłkarz. Wcale nie jest wykluczone, że jest mi łatwiej niż kolegom, którzy nigdy nie mieli kontaktu z boiskiem.
– Początek kariery to sędziowanie w rozgrywkach młodzieżowych...
– Tak, najpierw były to grupy juniorskie, szybko mnie to wciągnęło. Zauważyłem zupełnie inne oblicze piłki nożnej. Przecież do tej pory uprzykrzałem życie sędziom, a tu musiałem poradzić sobie z niesfornymi piłkarzami. Zacząłem interesować się psychologią, bo nie tylko sędzią jest się na boisku, szukałem sposobów, by poradzić sobie z zawodnikami. Bo ja musiałem „rządzić” tym, co działo się na boisku, choć wiadomo, że piłkarz wie i widzi wszystko najlepiej.
– Po spotkaniach grup młodzieżowych zacząłeś sędziować spotkania seniorów. Od tych najniższych?
– Oczywiście, ale to w moim przypadku poszło jakoś szybko. Pewnie także z racji niepisanej umowy, że byli zawodnicy mają tę ścieżkę szybszą. Podobnie było z kolejnymi etapami, które udało się zaliczyć bardzo szybko. W III lidze prowadziłem spotkania półtora roku, a potem, po reformie, była od razu I liga, a po bardzo udanym sezonie zostałem awansowany do ekstraklasy. To mój drugi sezon, ale już udało mi się osiągnąć to, o czym marzyłem, kiedy zdecydowałem się na sędziowanie. W Polsce jest tylko siedmiu międzynarodowych sędziów głównych, nie jest to zbyt wielka liczba. Kiedy zaczynałem, odradzano mi sędziowanie. Mówiono, że to niełatwy kawałek chleba, i rzeczywiście taki jest. Bo najłatwiej jest krytykować sędziów, a mogę to powiedzieć także jako były zawodnik i jako kibic. My w telewizji widzimy tylko to, co pokazuje stacja. A kamery pokazują to, co chcą. I zauważ, że błędy sprzedają się najlepiej. Niestety, sędzia bardzo rzadko może się wytłumaczyć ze swojej decyzji.
– Ale chyba nie narzekasz na opinie o swojej pracy, skoro w ekstraklasie tak szybko i tak wiele osiągnąłeś?
– Tak, ale zdaję sobie sprawę, że byłem żółtodziobem. Mimo tego udało się wygrać w pierwszym sezonie klasyfikację sędziów.
– Dlaczego się nie pochwaliłeś?
– Nie był to zbyt dobry okres dla sędziów piłki nożnej, bo wielu z sędziów musiało zakończyć karierę, ale o tym nie będziemy rozmawiać. Mnie sędziowanie zaczęło wciągać od III ligi, kiedy poziom był coraz wyższy i ta cała otoczka taka niesamowita. Tego nie da się opisać, ale to jest przeżycie. Mam przyjaciół, którzy proszą mnie, by zabrać ich na mecze, by mogli to zobaczyć od środka. Prasa, telewizja, znani zawodnicy, trenerzy, wszystko to, co dzieje się wokół meczu, daje adrenalinę, chociaż sędzia nie może dać się ponieść emocjom w czasie spotkania. Mam to szczęście, że byłem świadkiem zmian, jakie zachodziły w sędziowaniu. Słuchałem opowieści starszych kolegów, jak to było kiedyś, i teraz naprawdę wygląda to zupełnie inaczej. Gdy ja awansowałem, sędziowanie zmieniło się niesamowicie. Profesjonalizm, jaki teraz obowiązuje w naszym środowisku, daje nadzieję, że pokażemy się z innej strony. Sędzia powinien być nieomylny, ale to przecież niemożliwe. Jak ktoś coś robi, to zdarza mu się popełnić błędy. A nas wszyscy obserwują. Na stadionach pojawiły się spider kamery, niesamowita technologia. To kamery na szczególnych wysięgnikach latają nam nad głowami i pokazują wszystko. I to nie jest prawda, że teraz sędziowie popełniają więcej błędów. Mogę zapewnić, że jest ich dużo mniej, ale kiedyś na meczu była jedna kamera, dziś jest ich kilkanaście, nie ma szans ukryć czegokolwiek.
– A jak sobie z tym radzą najlepsi sędziowie na świecie? Ich też podglądają kamery? O błędach niektórych krążą przecież legendy.
– No właśnie, dobrym przykładem są ubiegłoroczne Mistrzostwa Świata, na które pojechali najlepsi na świecie sędziowie. I też nie brakowało sytuacji, po których kibice mówili: „błąd”. A przecież bywa i tak, że sytuacja jest źle wytłumaczona przez naszych komentatorów, kibice też widzą coś innego. Ale oczywiście są też błędy, które rzutują od razu na całe środowisko. Nikt nie jest nieomylny. Mogę zapewnić, że każdy z nas po popełnionym błędzie czuje się fatalnie. Przecież zdaję sobie sprawę, że to może mieć wpływ na końcowy wynik spotkania. Także w niższych klasach, w których sędziowałem jeszcze w poprzednim sezonie. Od chwili, gdy podpisałem zawodowy kontrakt, nie mam szans na jeżdżenie po okręgu. Pamiętam taki ciekawy epitet od kolegi, który grał w jednej z drużyn okolic Sierpca. Nie znaliśmy się, ale po meczu powiedział, że jestem najlepszym znanym mu sędzią w okręgówce. To było fajne. A fajniejsze było, jak mu powiedzieli, że ja jestem sędzią międzynarodowym. Dla mnie ta ocena była miła i będę ją pamiętał całe życie.
– To wróćmy do ekstraklasy. Zwycięstwo w klasyfikacji to ogromne wyróżnienie. Ile czasu zajęło Ci wejście na szczyt?
– Poprzedni sezon był bardzo udany, po rundzie jesiennej drugiego mojego sezonu w ekstraklasie jestem na II miejscu w klasyfikacji, co jest sporym wyczynem. Zacząłem sędziować w 2002 roku, miałem do pokonania 8 czy 9 szczebli, a w 2009 roku awansowałem do ekstraklasy. Teraz mam w kieszeni nominację sędziego międzynarodowego. To chyba jest wyczyn, dziś nie do zrealizowania w takim tempie.
– Cały czas mówisz o tym, że teraz sędziowie są profesjonalistami. Na czym to polega?
– Między innymi na tym, że mamy swojego trenera od przygotowania fizycznego, który przekazuje nam mailowo plany treningowe. Każdy z nas wyposażony jest w sport tester, czyli zegarek, który mierzy, jak przebiegał trening, a wszelkie „anomalie” można na bieżąco analizować i korygować. Krótko mówiąc, poszło to w kierunku preferowanym przez Josefa Blattera: że skoro zawodnicy są profesjonalistami, to sędziowie także muszą być zawodowi. We wrześniu byłem na 2-tygodniowym kursie jako młody obiecujący sędzia. Uczyłem się od ludzi, których oglądam i podziwiam w telewizji – bardzo znane nazwiska. Dopiero tam mogłem porównać dwa światy, ten, który ja uważam za profesjonalny, i świat tam. Porównanie jest niesamowite. Tam każda sekunda mojego pobytu była zaplanowana, bez żadnego przypadku. Długo mógłbym o tym mówić, ale było to ogromne przeżycie. Musieliśmy po kursie zaliczyć testy i mecze kontrolne. Mam nadzieję, że mnie i moich asystentów zapamiętano jako ludzi, którzy rokują nadzieję.
– Pełne zawodowstwo, czyli nie ma już takich sytuacji, które kibice znają z filmu „Piłkarski poker”?
– Film powstał w latach 80. i ta opinia się za sędziami ciągnie. Ja tego nie doświadczyłem i nie wiem, czy tak było. Na pewno tak nie jest. Komunikacja między drużynami a sędziami jest dziś bardzo sformalizowana, nie ma tu czasu na żarty, na rozmowy. Każdy robi, co do niego należy
– Pewnie naszych czytelników zainteresuje, co to znaczy sędzia zawodowy. To teraz jest Twój zawód, Twoja praca?
– Do tej pory pracowałem u swojego bliskiego kolegi Dariusza Kluge, który zawsze traktował mnie jak młodszego brata. Wyciągnął kiedyś do mnie rękę, a potem miał wpływ na moje życie. Przed podpisaniem kontraktu musiałem odejść z pracy, nie byłem w stanie pogodzić wszystkich obowiązków. Codziennie mam trzy, cztery godziny treningu kondycyjnego, do tego lekcje języka angielskiego, bo choć testy zdałem, to trzeba naukę kontynuować. Do tego trzeba dodać wszelkiego rodzaju szkolenia. Jesteśmy zobligowani do obecności na wszystkich takich zajęciach. Nie można też zapomnieć o turniejach i wyjazdach zagranicznych. Stworzone dla nas warunki są teraz optymalne.
– Porozmawiajmy o ludziach, którzy stawali na Twojej drodze i pomagali w karierze. O trenerze Prosowskim już wspomniałeś...
– Początki kariery pod okiem trenera Prosowskiego ukształtowały mój charakter. Oczywiście najpierw należałoby wspomnieć moich rodziców, którzy zawsze mocno wspierali i wychowywali w duchu sportu mnie i mojego młodszego brata Tomka, który także kontynuuje przygodę z gwizdkiem, tyle że na szczeblu III-ligowym. Moimi najwierniejszymi i najsurowszymi kibicami są: żona i 8-letni syn Bartosz, który już zaczyna uganiać się za piłką. Wyrozumiała rodzina to w tym zawodzie podstawa, ponieważ podporządkowaliśmy wszystko mojemu sędziowaniu, a to pozwala mi skupić się na profesjonalnym podejściu do zawodu. Kiedy zaczynałem sędziowanie, moim guru był Zbigniew Kowalski, a człowiekiem, który pomagał w sprawach zawodowych – Darek Kluge. Nie mogę nie wspomnieć o moim zespole sędziowskim, staram się stale współpracować z ludźmi, którym ufam, którzy potrafią czytać moją grę i na odwrót. Teraz jest to zespół 4-osobowy, ja i trzej asystenci: Krzysztof Nejman z Płocka, Paweł Sokolnicki z Warszawy (ale też można już mówić, że z Płocka, bo udało mi się namówić go na przeprowadzkę) oraz Tomasz Listkiewicz z Warszawy, tak, tak, syn Michała Listkiewicza. Wszyscy jesteśmy zbliżeni wiekowo. Krzysiek od początku idzie ze mną po szczeblach do góry, a z chłopakami z Warszawy znałem się bardzo dobrze. Uważam, że zespół sędziowski musi być i na boisku, i poza boiskiem zgrany, musimy się rozumieć i wspierać. Chciałbym także wspomnieć o trzech asystentach, którzy asystowali mi na początku mojej kariery: Paweł Passon, Adam Porosa i Jacek Marciniak.
– O zarobkach polskich piłkarzy zawodowych krążą legendy. Czy zawodowy sędzia piłkarski też podpisał 5-cyfrowy kontrakt?
– Nie, nasze zarobki nijak się nie mają do zarobków piłkarzy. Tamte są rzeczywiście wysokie, ale z naszych też można wyżyć.
– Którym klubom sędziuje się najtrudniej?
– Właśnie rozmawiałem z moim asystentem, że jeszcze niedawno mecze Wisły Kraków, Lecha Poznań, Legii Warszawa wzbudzały największe emocje i były trudne do prowadzenia. Runda jesienna tego sezonu pokazała, że nie ma meczów łatwych, wszystkie drużyny się wzmocniły i są silne. Różnica między pierwszym a powiedzmy dziesiątym zespołem jest tak niewielka, że niewiele potrzeba, by nastąpiła zmiana w tabeli. Nie ma meczów łatwiejszych, wszystkie są zacięte, w grę wchodzą ogromne pieniądze i nikt nie odpuszcza.
– Na pewno piłkarze często starają się Ciebie oszukać, nie dać się złapać na faulu. Czy któryś z zawodników szczególnie dał Ci się we znaki?
– Prawda jest taka, że piłkarze starają się oszukać mnie, a ja nie mogę im na to pozwolić. Pewnie jest mi trochę łatwiej, bo kiedy grałem, to sam oszukiwałem sędziów i wiele sztuczek dobrze pamiętam. Bardzo trudno jest zawodników utrzymać w ryzach i poradzić sobie z nimi od strony psychologicznej. Staram się oglądać i analizować wszystkie mecze, bo nie wiem, jakie zespoły przyjdzie mi sędziować w następnej kolejce. Muszę być na bieżąco, przygotowywać sobie taktykę, bo nie oszukujmy się, drużyny grają schematami. A ja jako były zawodnik potrafię to rozpracować, kto jakim gra ustawieniem, kto za kogo wchodzi, jak biją fragmenty gry. Muszę wiedzieć, której drużynie lepiej dać korzyść, a które wolą zaczynać od rzutu wolnego w okolicach 17 metra, bo mają zawodników potrafiących to wykorzystać. I zawodnicy wiedzą, że ja czytam dobrze grę, zresztą z wieloma z nich znamy się bardzo dobrze, rzecz jasna z meczów. Bywa i tak, że popełniam błędy, z pewnością popełnię ich jeszcze „kilka”, ale cieszę się, że zyskałem uznanie i szacunek zawodników, którzy potrafią przyjść i podziękować po meczu, także po takim, który nie wyszedł im najlepiej.
– Może jakieś szczegóły sytuacji, która nie zakończyła się pomyślnie?
– Sędzia musi był twardy, nie może być grzecznym chłopcem. Jak to powiedział jeden ze starszych kolegów, musi być, no powiedzmy, draniem. Zawodnicy wiele rzeczy robią z premedytacją, a potem starają się obrócić to w winę sędziego. A bywa i tak, że tłumaczą się i proszą o wybaczenie, by ich nie karać. Ale sędzia nie może sobie pozwolić na pewne zachowania. Jeśli okaże słabość, może odejść z zawodu. Trzeba być od początku do końca bezwzględnym. Mam kilku „ulubionych” zawodników.
– A której drużynie kibicujesz, tak zupełnie prywatnie?
– Każdej, a przede wszystkim tym zespołom, które występują na arenie międzynarodowej. Sympatii teraz nie mam żadnych. Kiedyś, gdy jeszcze grałem, jedne kluby lubiłem bardziej, inne mniej. Od momentu, kiedy zacząłem sędziować, nie jest dla mnie ważne, czy po boisku biegają piłkarze Mazura Gostynin czy Wisły Kraków.
– Otrzymałeś w listopadzie 2010 roku nominację na sędziego międzynarodowego. Czy jest szansa, żebyś znalazł się w gronie arbitrów na Euro 2012?
– Nie, na to szans już nie ma, bo ja mam za małe doświadczenie, a na mistrzostwa pojadą najlepsi sędziowie, którzy już teraz są powoływani. Ale kto wie, może dostąpię zaszczytu i pojadę kiedyś na Mistrzostwa Świata, Europy czy Igrzyska. To będzie spełnienie mojego kolejnego marzenia.
– Życzę Ci spełnienia marzeń i kolejnych sukcesów.
Rozmawiała: Jola Marciniak
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo Tygodnik Płocki




Reklama
Najnowsze wiadomości