W minionym tygodniu Wisła rozegrała dwa mecze z dwiema najniżej usytuowanymi drużynami w tabeli. Obydwa spotkania były o życie, każdy o sześć punktów i by myśleć o utrzymaniu, bezwzględnie trzeba było je wygrać. Może w nie najlepszym stylu, ale podopiecznym Jana Złomańczuka udało się obydwa rozstrzygnąć na swoją korzyść. Niestety, nie dało to, przynajmniej na razie, poprawy miejsca w tabeli, która teraz jest wyjątkowo spłaszczona.
Najpierw Wisła w zaległym meczu pokonała szczęśliwie 1:0 Stal w Stalowej Woli. Gola strzelił w 89 min. Tomasz Grudzień. Rywal nie trenował przed meczem, demonstrując brak zgody na niepłacenie piłkarzom pensji. Na spotkanie, mające ogromny wpływ na miejsce w tabeli, piłkarze wybiegli i wcale nie zamierzali oddać łatwo punktów. Dopiero pod koniec II połowy padł gol, który sprawił, że płocczanie mogli w radosnym nastroju czekać na kolejny pojedynek.
A ten kolejny, już zgodny z terminarzem, odbył się w sobotę. Rywalem był przedostatni w tabeli Motor Lublin, który nie może pogodzić się z nieuchronnością spadku. Podopieczni trenera Bogusława Baniaka rozpoczęli mecz znakomicie i na koniec I połowy prowadzili 3:1. Wydawało się, że to oni będą świętować po meczu.
Jak do tego doszło? W 3 min. do bramki Przemysława Mierzwy trafił Rafał Król, wykorzystując znakomite dośrodkowanie. Wisła próbowała doprowadzić do wyrównania. Wydawało się, że w 28 min. Mariuszowi Soleckiemu się to udało, niestety sędzia uznał, że gol padł z pozycji spalonej i nie uznał bramki.
Nie udało się Wiśle wyrównać, za to udało się Motorowi podwyższyć wynik. W 37 min., po dośrodkowaniu Wojciecha Białka, jeden z płockich zawodników zagrał ręką, za co sędzia podyktował rzut karny, zamieniony na gola przez Michała Maciejewskiego.
W 40 min. kontaktową bramkę zdobył Łukasz Sekulski, który wszedł na boisko kilka minut wcześniej za Artura Wyczałkowskiego. Znów odżyły nadzieje na korzystny wynik, ale nie na długo. W 42 min. po błędzie Mierzwy, piłka strzelona przez Wojciecha Białka wpadła do bramki i gospodarze schodzili do szatni w doskonałych humorach. Wszak nie spodziewali się, że po 45 min. będą prowadzić 3:1.
Nawet trudno sobie wyobrazić, co się działo w szatni płockiej Wisły. Najważniejsze, że rozmowy piłkarzy były na tyle skuteczne, iż w II połowie wyszedł zespół, który od razu zabrał się do odrabiania strat. W 52 min. było już 3:2, a to za sprawą Mariusza Soleckiego. W 60 min. Solecki, który niepilnowany harcował na polu karnym gospodarzy, ponownie wpisał się na listę strzelców.
Ale to wciąż było mało, bo remis nie satysfakcjonował żadnej drużyny. I gdy już wydawało się, że nastąpi podział punktów, w końcówce doliczonego czasu gry, przy nieporozumieniu w szeregach Motoru, Marcin Nowacki trafił do siatki. Wisła wygrała 4:3, co było tak niesamowite, że nikt nie mógł w to uwierzyć. Płoccy kibice mogą się cieszyć, że to Wisła może dopisać sobie 3 punkty.
Niestety, dwa zwycięstwa w minionym tygodniu nie dały Wiśle awansu w tabeli. Dały za to nadzieje, że jeszcze nie wszystko stracone. Wisła ma na swoim koncie 30 pkt., 33 pkt. ma KSZO Ostrowiec Świętokrzyski, który po 25 kolejce zajmuje VIII miejsce w tabeli. A do końca rundy wiosennej pozostało osiem kolejek. W tym czasie dosłownie wszystko może się zdarzyć, zaś Wisła może nawet zakończyć rozgrywki w środku tabeli. Oczywiście najwięcej zależy od postawy zawodników, którzy muszą teraz walczyć z silniejszymi zespołami. Miejmy nadzieję, że determinacja płocczan nie opuści, bo przecież drużyna ma jeden mecz rozegrany więcej i tak na dobrą sprawę, to bezpośredni rywale mogą jeszcze płockiej ekipie odskoczyć.
Oczywiście płoccy kibice mają nadzieję, że tak się nie stanie. Liczą na to, że 5 czerwca, po meczu z Pogonią w Szczecinie, wszyscy sympatycy tej dyscypliny sportu, która na razie nie daje zbyt wiele powodów do zadowolenia, będą mieli okazję do świętowania z powodu utrzymania się w I lidze. Na dyskusje o tym, co dalej z drużyną, piłką nożną, sponsorami, przyjdzie czas potem.
Komentarze