Reklama

Wędkarstwo – rozrywka, hobby, czy sposób na stres? (korespondencja z Chica

18/12/2000 14:48
Aglomeracja chicagowska oferuje swoim (a nie tylko) mieszkańcom wiele różnych atrakcji weekendowych. Są zawody sportowe, sport wodny, gdzie można popływać różnorodnymi statkami nie wykluczając parowców, jachtów, w wodolotów czy nawet gondoli wprowadzonych od niedawna na wzór wenecki, ze śpiewającym gondolierem.Można odwiedzić zoo, muzea, oceanarium, teatry, kina, wystawy, pokazy lotnicze i motorowe, pikniki. Można też zwiedzać zabytki, zabawić się w polskich klubach tańca i rozrywki albo... wyjechać w plener na ryby. W tym galimatiasie wielkich możliwości, po ciężkiej, pięciodniowej harówce w ciągu każdego tygodnia, wielu Polaków spotyka się po prostu na alkoholowym party, bądź wyjeżdża w plener – na ryby. Jaka siła ciągnie ich na łono natury, skoro sklepy obficie zaopatrzone są we wszelkiego rodzaju ryby? Na to pytanie nie potrafią wprost odpowiedzieć. Jedni twierdzą, że nie ma lepszej rozrywki, drudzy – iż to ich hobby, a wielu mówi wprost – nie ma lepszego sposobu na stres i wszechogarniającą nostalgię. W każdej z tych odpowiedzi pojedynczo, a także we wszystkich razem jest wiele prawdy. Dominującym uczuciem jest oczywiście nostalgia za krajem, osobami bliskimi – rodziną, przyjaciółmi, znajomymi, o których na co dzień, w pracy, nie ma czasu myśleć. Dwa słodkie dni lenistwa (sobota, niedziela) wyzwalają jednak w ludziach taką moc i natręctwo myśli, że trudno się przed nimi opędzić. Uciekają więc przed nimi tam, gdzie znajdują ukojenie. Przyznać należy, że akweny amerykańskie dają wielkie możliwości dla miłośników wędkarstwa, gdyż po pierwsze jest tu mnóstwo ryb (w przeciwieństwie do Polski), a po drugie – czyste wody i otaczające je lasy, bądź zarośla sprzyjają życiu wielu innych zwierząt, spotykanych dość często w czasie połowów. Węże wodne, bobry, wydry, żółwie (w południowych stanach także aligatory), piżmaki, szopy, różnorodne odmiany jeleniowatych, ba – nawet niedźwiedzie spotkać można na wędkarskich szlakach niemal na co dzień. Te ostatnie – szczególnie wczesną jesienią, gdy miliony łososi, troci czy jesiotrów wędrują małymi bystrymi rzeczkami na tarło. Do najchętniej łowionych przez wędkarzy ryb należą: bass (drapieżna ryba podobna nieco do okonia, lecz o wiele szersza, z ogromnym pyskiem i ... apetytem), catfish (dosłowne tłumaczenie – ryba kot – odmiana suma amerykańskiego), stockfish (drapieżna ryba podobna do sandacza, choć znacznie większa gabarytowo), crapia (podobna z kształtów do krąpia, ale obdarzona przez naturę ostrymi zakończeniami płetw) i szczupak, różniący się od polskiego pobratymca bardziej rozwiniętą i wysuniętą do przodu dolną szczęką. W stanach: Indiana, Wisconsin, Illinois i Iowa, gdzie wędkowałem, nie spotkałem natomiast osławionej w krzyżówkach miękławki, czyli inaczej alni, której połowami zachwycają się wędkarze południowych stanów. W amerykańskich wodach nie ma też płoci, uklei, kiełbia, ani jelca. Dziwnym wydawało mi się stanowisko wędkujących, że pogardzają karpiem, uznawanym w Polsce za królewską rybę, rosnącym w USA do ogromnych rozmiarów (najczęściej łowiłem sztuki o wadze 5 – 6 kg) i tu ciekawostka, biorącym nawet „na żywca”. Myślę, że Polski Związek Wędkarski mógłby na nasze akweny sprowadzić choć jedną rybę drapieżną – bassa, która nie tylko pięknie „bierze”, ale i oczyszcza akweny z osobników słabych, drobnych, nie wykluczając jazgarza, gdyż nie obawia się ryb z kłującymi płetwami (łowiłem ją nawet na kilogramowe okonie). Wróćmy jednak do zasadniczego tematu, gdyż chcę opisać wyprawę nad Missisipii. Ta największa rzeka Ameryki Północnej i jedna z największych na świecie, przepływa swym zasadniczym korytem przez zachodnią część stanu IIlinois, w odległości około 180 mil od Chicago. Wybraliśmy się tam w ostatnią sobotę lipca dwoma samochodami, w pięcioosobowym, doborowym towarzystwie: trzech panów i dwie panie. Pogoda była cudowna: ostre słońce (+45oC), lekki wiaterek i bezchmurne, błękitne niebo. Prowadził Janusz z przyjaciółką, który bywał już wcześniej nad „Wielką rzeką”, ja ze szwagrem i jego żoną – w niewielkiej, acz bezpiecznej odległości. Taunus i dodge grały równym rytmem, liczniki w skazywały 90 – 100 mil/h. Około południa zatrzymaliśmy się w pięknej, jak wyjętej z westernu miejscowości – Galena. Domy nie różniły się od tych filmowych, przypominających XVIII-wieczne Stany. Mnóstwo sklepów z antykami i saloonów. Skonsumowaliśmy ogromne steki z rusztu, jakich próżnoby szukać w naszych restauracjach, pochodziliśmy ulicami. Jakiś stary murzyn, z bielmem na jednym oku, nucił przebój Armstronga – „Missisippi..., O wielka rzeko!”. Tuż obok, mały chłopiec (zapewne wnuk) zbierał do cylindra datki od słuchaczy. Potem podjechaliśmy do przepięknego hotelu na obrzeżu miasta, rozłożonego na wzgórzu, skąd rozpościerała się cudowna panorama królowej rzek amerykańskich. Zjechaliśmy też czynnym wyciągiem krzesełkowym w dół, wspólnie z wielką wycieczką niemiecko-austriacką. Było prześlicznie, ale zbyt gwarno. Na ryby trzeba było poszukać innego miejsca. Znaleźliśmy je w pobliżu mostu, obok niewielkiej wsi za miastem Hanver. Rzeka wyglądała majestatycznie, acz nie była w tym miejscu szersza od Wisły pod Płockiem. Obok rozłożyło przed nami wędki dwóch murzynów. Jeden starszy – około 60-letni i drugi, w wieku 35 lat. W wielkim wiadrze trzepotały się już bassy, catfishe i blisko 10-kilogramowy karp. - Kto z nas pierwszy złapie rybę – trafi na łamy prasy czicagowskiej – zaproponowałem i ... dotrzymałem słowa. Szczęśliwcem wybranym przez los okazał się Waldemar – szwagier, który złowił 8 kilogramowego catfisha. Potem szło już wszystkim nieźle. Pod wieczór przepłynął obok nas statek parowy – kasyno, o nazwie „Missisippi Queen”. Jako, że mieliśmy zamiar nocować, wyjęliśmy z podręcznej lodówki „Okocimia” i poczęstowaliśmy nim także łowiących murzynów. Brać wędkarska zawsze skłonna jest dzielić się dobrami, jakie posiada. Około 2.00 w nocy złowiłem wielkiego, 12-kilogramowego catfisha, a dwukrotnie większy odciął mi żyłkę zębami, gdy był podbierany kasarem tuż przy lądzie. Część nocy spędziliśmy śpiąc na piasku, z głową opartą o kamień, ale nikt nie narzekał. Wyszła do nas rodzina szopów praczy wielkości średniego psa. Ryb było dużo, więc częścią podzieliliśmy się z nimi. W wodzie baraszkowało też stado wydr, przemykały cicho piżmaki. Nad ranem ujrzeliśmy węża wodnego, który połykał złowionego catfisha. Był długości około 2 m i wcale się nas nie bał, zresztą my jego także. Około południa, w niedzielę, wracaliśmy pełni wrażeń, z udanym połowem (około 50 kg) do Chicago. - Nigdzie tak świetnie nie wypoczywam jak nad wodą – stwierdził Waldek. - Jutro, z nową siłą, mogę stawać do codziennej pracy. Zacząłem drzemkę. Śnił mi się wielki catfish i stary murzyn śpiewający piosenkę o Missisippi. Nim Orfeusz wziął mnie na dobre w swe objęcia, poczułem lekkość i spokój. Bo wędkowanie naprawdę oprócz zadowolenia daje lekarstwo na wszystko. Jan Dobrowolski Fot. autora
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo Tygodnik Płocki




Reklama
Najnowsze wiadomości