Najnowsze informacje
anal pump

W poszukiwaniu Eldorado

Żeby dotrzeć do legendarnej krainy bogactwa i dobrobytu, wystarczy przekroczyć tylko jedną, zachodnią granicę. Wyjeżdżający do pracy poza Polską mieszkańcy Płocka i okolic po drodze mogą jedynie spodziewać się kontroli celnych na trasie. – Motywy wyjazdów są jednoznaczne: chodzi o pieniądze na życie – mówi Andrzej, który niedawno wrócił z sezonowej pracy w Niemczech. – Można zarobić od 2,5 tysiąca zł do nawet 12 tysięcy. Inni uważają, że wyjazdy za granicę są jak narkotyk – kto raz zacznie, musi pojechać po raz drugi, trzeci, dziesiąty… W Płocku, Sierpcu, Kutnie, Drobinie, Wyszogrodzie, Gąbinie i Gostyninie nigdy by takich pieniędzy nikt nie zarobił, a za przywiezioną gotówkę można na przykład zbudować dom. Kto już zarabiał w euro, wie, że wyjazd ma sens przede wszystkim wtedy, gdy pracodawca jest sprawdzony, a umowa podpisana za pośrednictwem Wojewódzkiego Urzędu Pracy: – Często bywa tak, że płaci się pośrednikowi 200-300 euro, czyli około 800 zł za pomoc w zdobyciu pracy, potem się jedzie na miejsce i okazuje się, że nic z tego – opowiada Andrzej. Miał więcej szczęścia, pojechał do pracy sezonowej w miejsce, w które od wielu lat jeżdżą członkowie jego rodziny, umowę podpisywał za pośrednictwem WUP-u. Pracował dwa miesiące przy zbiorze owoców w Niemczech: – Tutaj sezonowo pracuje bardzo wielu Polaków. Jeśli ktoś ma 5 ha sadu – zatrudnia dwie osoby, jeśli 100 ha – nawet 40. Można też znaleźć pracę zimą, na przykład przy sortowaniu owoców. Dziennie pracuje się 12-14 godzin. Przeciętnie można zarobić około 5 tys. zł, przed akcesją było to więcej. Trzeba mieć pieniądze dla przewoźnika – ponad 400 zł, a na miejscu samemu się utrzymać – relacjonuje Andrzej.
Jak dojechać do zagranicznego miejsca pracy? O przewoźnikach ludzie dowiadują się pocztą pantoflową. To właśnie przewoźnicy są skarbnicą wiedzy o tym, jak pracuje się ludziom za granicą: – Rzadko się zdarza, żeby ktoś zaraz wracał albo był niezadowolony. Z reguły ludzie po powrocie do kraju planują następny wyjazd – mówi Janusz Sobiecki, właściciel firmy, która zajmuje się przewozami ludzi do pracy w Belgii. – To jest jak narkotyk, szybko wciąga. Najwięcej problemów jest z językiem, ale po kilku pobytach ludzie w większości są w stanie normalnie się porozumiewać. Najwięcej wożę płocczan, gostynian, mieszkańców okolic Włocławka, Gozdowa, Proboszczewic czy Bielska. Są tacy, którzy jeżdżą od 15 lat. Frekwencja rośnie, od kiedy po naszym wejściu do Unii zniknął stres graniczny.

Przy dziecku
po niemiecku
Jak zareagować, gdy nie miało się kontaktu z językiem, a tu nagle ktoś mówi do nas po niemiecku, holendersku czy flamandzku? Najpierw na migi, ale znajdują się na szczęście życzliwi rodacy, którzy pełnią rolę tłumaczy. Problemów z językiem nie miała Małgorzata, która pojechała do Wielkiej Brytanii, żeby zajmować się dzieckiem, konkretnie nastolatką, która potrzebowała osoby do towarzystwa. Warunki były bardzo dobre, z ojcem dziecka mogła dyskutować na temat polskiej historii, tyle, że niewiele zarobiła: – Obowiązków nie było zbyt dużo, miałam dużo wolnego czasu, ale następnym razem pojadę do innej pracy, żeby zarobić na studia.
Język zna też Beata, która zamierza na stałe pozostać w Irlandii, właśnie przygotowuje się do egzaminów językowych. Jeżeli je zaliczy, a wiele na to wskazuje, z pracy w restauracji przeniesie się do pracy w biurze: – Proponowane w Irlandii warunki finansowe są zdecydowanie lepsze, niż w Polsce. Nie ma co porównywać – orzeka Beata.
Kto jeździ najczęściej? Osoby w wieku produkcyjnym, do 45 roku życia, więcej kobiet, które chcą pełnić role gospodyń i zajmują się wszystkim, co można robić w domu: sprzątaniem, praniem, opieką nad dziećmi. Ale na przykład do Belgii jeździ bardzo dużo kobiet po 50-tce: – 60 % osób, które wożę, to kobiety. Wiek? Różny: od 18 lat, nawet do 65. Ale te młodsze powinny bardziej uważać, do jakiej pracy jadą – mówi Sobiecki.
Dlaczego? Zdarza się, że pracują w restauracjach u Turków czy Marokańczyków, wychodzą za nich za mąż i mają dzieci, które następnie ich egzotyczni mężowie wywożą bez ich zgody do kraju swego pochodzenia. Potem (pod warunkiem, że ma się odpowiednie pieniądze) może już pomóc tylko detektyw Rutkowski. Jeszcze gorzej, gdy zostanie potraktowana jak „żywy towar”, ale ten artykuł poświęcony jest innej tematyce.
Mirosława Michalska, starszy inspektor wojewódzki w płockiej filii Wojewódzkiego Urzędu Pracy w Warszawie podaje, że najwięcej ofert pracy jest z Hiszpanii, na przykład dla mechaników, operatorów maszyn, zawodowych kierowców, ślusarzy, monterów: – Są też oferty z Cypru, ale tam z reguły proponuje się niekorzystne warunki pracy: więcej pracy za mniejsze pieniądze. Natomiast w ofertach z Hiszpanii mniej ważne jest wykształcenie, liczy się przede wszystkim doświadczenie. Spotyka się też klauzulę „język hiszpański mile widziany”. Ale zarobki w Hiszpanii są zdecydowanie lepsze niż na Cyprze. W ostatnim kwartale do długoterminowej pracy (na rok) w Hiszpanii zgłosiło się ponad 20 osób.
Najwięcej płocczan jeździ do Niemiec, w WUP są dane o ponad 1 tysiącu w roku, ale jeszcze więcej osób pracuje tam nielegalnie. Są to zazwyczaj prace sezonowe. Francuzi potrzebują pracowników do zajęć technicznych oraz pracy w gastronomii, w restauracjach, piekarniach, a nawet do podparyskiego „Disneylandu”. Raz zdarzyła się oferta na zastępcę dyrektora hotelu (sic!). Na rok do pracy pojechało tam ponad 20 osób. Ale jest problem: W Płocku mało osób uczy się języka francuskiego, a znać samo bonjoure nie wystarczy. Poza tym Francuzi stawiają na młodych: stażowe umowy o pracę podpisują osoby do 35 roku życia. Co do Wielkiej Brytanii, to Polska nie ma z nią podpisanej umowy rządowej, ale rynek pracy jest otwarty, więc pracodawcy na własną rękę szukają pracowników.
Płocczanie korzystają też z ofert sieci „Eures”, która działa w ramach WUP. Stamtąd pochodzą oferty do Wielkiej Brytanii, Irlandii i Szwecji, gdzie nie potrzeba pozwolenia na pracę (wydawanego w pozostałych krajach europejskich przez urzędy ds. imigracji): – Boom wyjazdów za granicę miał miejsce w maju, po wejściu do UE. Teraz pyta o to mniej osób, wiele młodych, ale bez doświadczenia albo z doświadczeniem, tylko nie spełniają kryterium wiekowego – wyjaśnia M. Michalska. – Jeśli ktoś już wyjedzie, z reguły jest zadowolony, niektórzy bardzo. Spotkałam się tylko z jednym przypadkiem niezadowolenia.
Zastrzega, żeby uważać na agencje pośrednictwa, czy posiadają certyfikat ministerstwa. Muszą być wiarygodne, inaczej już na miejscu można się srodze rozczarować i wrócić zza granicy jedynie z pustą kieszenią.

Antwerpia jak Mekka
Z Gostynina przede wszystkim jeżdżą do Antwerpii. Wszystko zaczęło się 20 lat temu, gdy pojechali tam dwaj bracia. Teraz sami prowadzą firmę zajmującą się przewozem i organizacją pracy w tym flamandzkim mieście. Przed laty jeździli głównie do pracy w szlifierniach w zagłębiu szlifowania brylantów. Obecnie zatrudnienie znajdują tam budowlańcy i glazurnicy. Największy popyt jest jednak na gospodynie domowe, zatrudniane w domach polskich Żydów.
W Antwerpii pracuje około tysiąca gostynian, co zresztą wynikło z ostatniego spisu powszechnego: – Jeszcze przed 1989 rokiem, kiedy w Polsce o wiele rzeczy było trudno, gostynianie wysyłali do domów, zwłaszcza na święta, bardzo dużo paczek. Kiedyś nawet pracownica poczty zapytała mówiącego po flamandzku gostynianina, czy Gostynin jest… stolicą Polski – śmieje się burmistrz Gostynina Włodzimierz Śniecikowski. Czy dzięki zajęciom w Belgii Gostyninowi wzrasta PKB?: – Chyba tak. Zresztą widać to po mieście, za pieniądze z Belgii budują się domy na osiedlach Zatorze i Targowa. W Antwerpii zarobią 10-15 razy więcej niż w mieście. Wiem, że prowadzą tam już własne interesy, na przykład sklepy. Jest też wiele mieszanych, polsko-belgijskich małżeństw. Kiedy kilka lat temu szedłem ulicą, w której mieszkają Polacy, zdarzyło mi się kilka razy odpowiadać „dzień dobry” osobom pochodzącym z Gostynina.
Niektórzy gostynianie przyjeżdżają do rodzinnego miasta tylko raz do roku, na święta. I znów wracają, zabierają ze sobą w tamtą stronę kolejne osoby. Z roku na rok wyjazdów jest coraz więcej: – Belgowie szanują Polaków, w miarę dobrze im płacą. Dość łatwo jest o zatrudnienie na wsi podczas prac sezonowych, na przykład zbiorze truskawek czy przy kwiatach.
Przepytywani przez nas ludzie nie ukrywają, że najtrudniej jest u rodzin żydowskich: bardzo dużo wymagają, a mało płacą. Do tego dochodzi niegrzeczne traktowanie. Ale dają pracę.
Tak czy inaczej do Belgii, Niemiec, Hiszpanii, Francji, Wielkiej Brytanii czy Irlandii po wejściu do Unii jeździ za chlebem coraz więcej mieszkańców Płocka i regionu. Czasami to żądza pieniądza, częściej ostatnia deska ratunku. Po raz pierwszy jadą pełni nadziei, a nieraz złudzeń. Zagranica to dla nich ziemia obiecana. Wiedzą najlepiej, że jest tak, jak śpiewa Liza Minelli – „forsa wprawia w ruch ten świat”.
Elżbieta Grzybowska
Fot. D. Ossowski

Zobacz kolejny artykuł

Dachowanie samochodu w Bończy

W sobotę, 4 listopada około godziny 8.30 doszło do niebezpiecznego zdarzenia w miejscowości Bończa na …