Najnowsze informacje
anal pump

Płocka szopka Noworoczna 2005

Płocka Szopka Noworoczna A.D. 2005 z postaciami, scenami, ocenami, obrazami,
z ratuszem, muzeum i nowym mostem w tle.
Scena pogodnie i świątecznie oświetlona, pośród udekorowanych choinek, igliwia i zielonego mchu igrają zwierzęta z płockiego ZOO. W centralnym punkcie sceny, na niezbyt wyszukanym fotelu – tronie siedzi w stroju krakowskim i czapce z pawimi piórami prezydent miasta Płocka Mirosław Milewski. Za tronem stoją dwaj jego zastępcy: Tomasz K. i Piotr K. Czasem coś mu szepczą do uszu, czasami poprawiają lampki na choinkach lub głaszczą i uspokajają rozbrykane zwierzątka. Całkiem na górze, na tle rozgwieżdżonego nieba napis: Idzie Nowe.

Scena I

Muzealnicy
Na scenę wchodzą pracownicy Muzeum Mazowieckiego z Tadeuszem Zarembą. Wszyscy niosą podróżne tobołki.
Ciemno wszędzie, chłodno wszędzie,
miało być lepiej – wcale nie będzie.
I nikt nie widzi żadnej różnicy,
żeśmy byli panami na zamku,
dziś kamienicznicy.
A nasze zbiory, nasza secesja,
z salonów – do piwnicy,
taka recesja.
Nie zważając na pojednawcze gesty prezydenta – z dumą i nieco groźnie potrząsając tobołkami odchodzą z ciepła w zamieć.

Prezydent M.
Ciągle im mało,
ciągle za ciasno.
Miejsce na Tumskiej
dało im miasto.
Ta kamienica, choć secesyjna,
przyznać to muszę – że trochę ciasna,
lecz za to własna – nie komornicza.
Choć pożegnalna gra już muzyka,
Wyście nie moi, wyście Struzika
Gdy zniknęli, mruknął:
Miodem smarować nie będę…

Scena II

Prominenci z SLD
Wchodzą radni, byli prezydenci, prominenci z SLD. Choć ze spuszczonymi głowami, zgodnie recytują:
W sądowych ławach nas posadzili,
procesów bez liku wytoczyli.
My nie po prośbie,
my nie ze skargą,
chórem oświadczamy,
że swoje wygramy.
Mamy u siebie posła Piłata,
darczyńcę mostu, nie lata chwata.
Choć na dole opozycja,
u góry wciąż koalicja.
Nasz jest rząd i Pierwszy swój,
wrócim do władzy, rzecz oczywista.
Niespodziewany głos z góry, coś trochę podobny do głosu Stanisława Nawrockiego:
Za lat trzysta….v
Prezydent machając ręką za wychodzącymi:
Przez lat czterdzieści
mieli przyjacielskich wizyt
chyba ze czterysta.
Niech tam jadą, odwiedzają,
daj Bóg – na stałe ostają…
Scena III

Kowalski zwany Wiesławem
Wbiega z plikiem pism, teczek, gazet i fotografii. Nad głową blada aureola. Nie przestając przebierać nogami w miejscu rzuca w pośpiechu:
Gdzie ja nie byłem,
wszystko zwiedziłem.
Kresy ocaliłem,
czwórką koni krakowskich jeździłem,
u Romów gościłem.

Świętych promowałem,
świat opisałem.
Teczki odkopałem,
nowe założyłem.
Czeka mnie chwała…
Głos z góry:
Chała……
Prezydent z politowaniem kiwa głową, żartobliwie rzucając za odchodzącym:
W zabieganiu pełnym troski
towarzysz Wiesław
czy Kossakowski,
czy prawie Korzeniowski.

Scena IV

Przemysław Predygier
Jak ze świata Bolesława Prusa na scenę w eleganckiej pelerynie i cylindrze wchodzi dyrektor POKiSu. Przed sobą pcha wózek – katarynkę, z korbką. Barwna papuga na ozdobnym pręcie, bursztynowymi oczami spogląda na dwie skrzyneczki pełne pierścionków i losów – ludziom na szczęście. Kręcąc rytmicznie korbką katarynki śpiewa silnym i dźwięcznym głosem, przy wtórze trochę zapomnianej, jak ze starych koronek i aksamitów melodii „Złoty pierścionek”:
Chodzę jako kataryniarz,
noszę na plecach doświadczeń szmat.
A na głowie pierścionki srebrne,
które rozwiewa znad Wisły wiatr.
Uśmiech ludziom,
pieśń ulicom,
szczęście dla biednych,
w szkatułkach mam.
Kiedy przybiegną z ciemnych podwórek,
bez grosika – za darmo dam.
Kto mi w drogę wejdzie, tego w papugę zamienię w mig.
Kto nie ze mną, ja bez niego zaprowadzę katarynkowy szyk.
Kataryniarz wolno przechodzi obok prezydenta, z elegancją zdejmując cylinder – kłania się. Gospodarz wstaje, składa ukłon – może kataryniarzowi, może papudze, a może katarynce jak ze świata pana Prusa. Papuga z godnością i dostojeństwem wyciąga dziobem ze skrzyneczki pierścionek z kolorowym oczkiem i wkłada w stulone dłonie gospodarza. Po krótkim namyśle, łypiąc bursztynowymi oczami dokłada z drugiej skrzyneczki zwinięty w rulonik los. Kataryniarz odjeżdża, powoli cichnie melodia, tylko jeszcze słychać ochrypłą papugę skrzeczącą, nie wiedzieć czemu – „Kaaasa dla Przemka, kaasa dla Przemka”… i już zupełnie bez sensu – „kuurtyna”.
Prezydent siada na tronie, ogląda w zadumie pierścionek, nie rozwijając losu zatyka go nieco fantazyjnie w krakowską czapkę, między pawie pióra i jakoś niecierpliwym gestem – jak od much – odgania się od szepczących mu coś do ucha zastępców.

Scena V

Literaci
Wchodzi naraz kilka niewielkich grup ludzi robiących w literaturze. Każda trzyma się oddzielnie. Każda z widocznym wysoko proporcem z nazwą organizacji literacko-poetycko-malarskiej. Na jednym z proporców wysoko wzniesionym napis „Proletariusze Wszystkich Krajów Piszcie Sonety”, a innym w kształcie tablicy „Żądamy darmowych materiałów piśmienniczych i blejtramów za darmo”, a na jeszcze innym trwożnie dzierżonym przez cokolwiek chudą, ale wiotką blondynkę – dramatyczny protest „Godności – precz z zasiłkami”. Poetki z wszystkich grup im starsze – tym bardziej natchnione. W przebojowości karminowych ust, bystrości oczu, lokach cokolwiek siwych koafiur – widać niezłomną potrzebą sławy i sponsorów dla wydania ich przełomowych dla świata dzieł. Panowie poeci więcej stateczni – widać reumatyzmy przeważyły patriotyczne romantyzmy. Wszyscy patrząc pobłażliwie i z odrobiną wyższości na prezydenta recytują – należycie modelując swoje cokolwiek zdarte głosy:
Myśmy nie ozonowa dziura,
myśmy prawdziwa kultura,
świata literatura.
Niesiem kaganki oświaty
jak wiechy – pod strzechy.
Aleć i nam do życia trzeba,
trochę kiełbasy, trochę chleba,
coś na rozgrzanie kości,
dachu nad głową!
Pytająco:
Czy nie widać od was z góry,
że z trudem cerujem dziury.
Klubu nie mamy żadnego – mówiąc ściśle,
przyjdzie nam się spotykać
– chyba jeno w Wiśle.

Wbrew ostatnim gorzkim wypowiedziom poetki zalotnie potrząsając kolczykami i szczebiocząc między sobą – ogarniają niecierpliwie i z pewnym obrzydzeniem łaszące się do nich zwierzątka i strzepują ze strojów ślady igliwia i kłaczki futer zwierzątek. Panowie poeci z dumnie wysuniętymi szczękami, czasami wsparci na lasce, czasami tylko powłócząc jedną z nóg – toczą ożywione, choć dostojnie – mądre rozmowy o możliwościach wydawania ich dzieł i o nowych postaciach sponsorów.
Prezydent (jakby zdumiony mówi do siebie)
Z każdym rokiem coraz ich więcej.
Głos z góry
I płodne jak australijskie kangury

Prezydent:
Prawda że ich dużo,
ale ponoć są wieczni.
Ja wszystko co dla kultury
miałem – oddałem.
Ponoć wśród nich jest niejedna klika
niechaj idą więc z pielgrzymką, choćby do Struzika.
Scena VI

Byli i przyszli
dygnitarze
Wchodzą pewnym krokiem byli, obecni, przyszli dygnitarze, vipowcy, dorobkiewicze, surowi i nieprzekupni sędziowie, adwokaci, prokuratorzy. Wszyscy w garniturach, frakach i lakierkach. Liczne damy towarzyszące – w futrach, złocie i brylantach. Z wyższością i nieukrywaną pogardą patrzą na ubranego we wspomniany strój krakowski prezydenta. Najgrubszy z nich w ciemnych okularach i w złotej grubej biżuterii mówi lekceważąco, czasami grypsując:
Wy tymczasowy,
bo przed referendum.
Kto my, Elyta!
Pachniem piniędzmi,
Diorem, gazem, ropą,
nikogo się nie boim
i kwita!
Odsapnąwszy nieco – pytająco do prezydenta:
A wy co umita?
Prezydent M:
Ja pracuję i buduję,
co inni zepsuli – reperuję,
jak zwykły szewc czy murarz”.
Najgrubszy:
Niby robicie w byznesie,
lecz ten strój, ta czapka z piórami,
to jakoś głupio i przaśnie!!!
Przy ostatnich słowach Najgrubszego prezydent wstaje, prawą rękę kładzie na sercu, lewą zaś dumnie – trochę zawadiacko poprawia pióra i wstążki u czapki krakuski, spokojnie mówiąc:
Ten strój, ta czapka, te pióra, te wstążki
to nasz strój – polski, krakowski
(z dumą)
I dobrze, że przaśnie,
bo to Polska właśnie
Zgromadzeni biznesmeni wraz z towarzyszącymi wybrylantowanymi damami zdumieni niezrozumiałą dla nich odpowiedzią i jakby trochę zawiedzeni – tokując i gulgocąc wychodzą. Scena powoli ciemnieje, gasną lampki na choinkach. W cieple zmierzchu gospodarz miasta i jego dwaj zastępcy jeszcze coś półgłosem – aby nie budzić zmęczonej, śpiącej trzódki – uzgadniają. Z ciemniejącego świerkowego lasu słychać łagodną jak mgła melodię kolędy „Cicha noc, święta noc”. Melodia – kolęda – kołysanka ogarnia opiekuńczo wszystko.

Dla „Tygodnika Płockiego” napisał w grudniu, w Płocku, w roku 2004 – Daniel Ratz. Rysunkami ozdobił Rafał Zawadzki.

Zobacz kolejny artykuł

Dachowanie samochodu w Bończy

W sobotę, 4 listopada około godziny 8.30 doszło do niebezpiecznego zdarzenia w miejscowości Bończa na …