Reklama

Płocka szopka Noworoczna 2005

28/12/2004 14:21
Płocka Szopka Noworoczna A.D. 2005 z postaciami, scenami, ocenami, obrazami,
z ratuszem, muzeum i nowym mostem w tle.

Scena pogodnie i świątecznie oświetlona, pośród udekorowanych choinek, igliwia i zielonego mchu igrają zwierzęta z płockiego ZOO. W centralnym punkcie sceny, na niezbyt wyszukanym fotelu – tronie siedzi w stroju krakowskim i czapce z pawimi piórami prezydent miasta Płocka Mirosław Milewski. Za tronem stoją dwaj jego zastępcy: Tomasz K. i Piotr K. Czasem coś mu szepczą do uszu, czasami poprawiają lampki na choinkach lub głaszczą i uspokajają rozbrykane zwierzątka. Całkiem na górze, na tle rozgwieżdżonego nieba napis: Idzie Nowe.



Scena I


Muzealnicy

Na scenę wchodzą pracownicy Muzeum Mazowieckiego z Tadeuszem Zarembą. Wszyscy niosą podróżne tobołki.

Ciemno wszędzie, chłodno wszędzie,

miało być lepiej – wcale nie będzie.

I nikt nie widzi żadnej różnicy,

żeśmy byli panami na zamku,

dziś kamienicznicy.

A nasze zbiory, nasza secesja,

z salonów – do piwnicy,

taka recesja.

Nie zważając na pojednawcze gesty prezydenta – z dumą i nieco groźnie potrząsając tobołkami odchodzą z ciepła w zamieć.


Prezydent M.

Ciągle im mało,

ciągle za ciasno.

Miejsce na Tumskiej

dało im miasto.

Ta kamienica, choć secesyjna,

przyznać to muszę – że trochę ciasna,

lecz za to własna – nie komornicza.

Choć pożegnalna gra już muzyka,

Wyście nie moi, wyście Struzika

Gdy zniknęli, mruknął:

Miodem smarować nie będę...



Scena II


Prominenci z SLD

Wchodzą radni, byli prezydenci, prominenci z SLD. Choć ze spuszczonymi głowami, zgodnie recytują:
W sądowych ławach nas posadzili,

procesów bez liku wytoczyli.

My nie po prośbie,

my nie ze skargą,

chórem oświadczamy,

że swoje wygramy.

Mamy u siebie posła Piłata,

darczyńcę mostu, nie lata chwata.

Choć na dole opozycja,

u góry wciąż koalicja.

Nasz jest rząd i Pierwszy swój,

wrócim do władzy, rzecz oczywista.

Niespodziewany głos z góry, coś trochę podobny do głosu Stanisława Nawrockiego:

Za lat trzysta....v
Prezydent machając ręką za wychodzącymi:

Przez lat czterdzieści

mieli przyjacielskich wizyt

chyba ze czterysta.

Niech tam jadą, odwiedzają,

daj Bóg – na stałe ostają...

Scena III


Kowalski zwany Wiesławem

Wbiega z plikiem pism, teczek, gazet i fotografii. Nad głową blada aureola. Nie przestając przebierać nogami w miejscu rzuca w pośpiechu:

Gdzie ja nie byłem,

wszystko zwiedziłem.

Kresy ocaliłem,

czwórką koni krakowskich jeździłem,

u Romów gościłem.


Świętych promowałem,

świat opisałem.

Teczki odkopałem,

nowe założyłem.

Czeka mnie chwała...

Głos z góry:

Chała......

Prezydent z politowaniem kiwa głową, żartobliwie rzucając za odchodzącym:

W zabieganiu pełnym troski

towarzysz Wiesław

czy Kossakowski,

czy prawie Korzeniowski.


Scena IV


Przemysław Predygier

Jak ze świata Bolesława Prusa na scenę w eleganckiej pelerynie i cylindrze wchodzi dyrektor POKiSu. Przed sobą pcha wózek – katarynkę, z korbką. Barwna papuga na ozdobnym pręcie, bursztynowymi oczami spogląda na dwie skrzyneczki pełne pierścionków i losów – ludziom na szczęście. Kręcąc rytmicznie korbką katarynki śpiewa silnym i dźwięcznym głosem, przy wtórze trochę zapomnianej, jak ze starych koronek i aksamitów melodii „Złoty pierścionek”:

Chodzę jako kataryniarz,

noszę na plecach doświadczeń szmat.

A na głowie pierścionki srebrne,

które rozwiewa znad Wisły wiatr.

Uśmiech ludziom,

pieśń ulicom,

szczęście dla biednych,

w szkatułkach mam.

Kiedy przybiegną z ciemnych podwórek,

bez grosika – za darmo dam.

Kto mi w drogę wejdzie, tego w papugę zamienię w mig.

Kto nie ze mną, ja bez niego zaprowadzę katarynkowy szyk.

Kataryniarz wolno przechodzi obok prezydenta, z elegancją zdejmując cylinder – kłania się. Gospodarz wstaje, składa ukłon – może kataryniarzowi, może papudze, a może katarynce jak ze świata pana Prusa. Papuga z godnością i dostojeństwem wyciąga dziobem ze skrzyneczki pierścionek z kolorowym oczkiem i wkłada w stulone dłonie gospodarza. Po krótkim namyśle, łypiąc bursztynowymi oczami dokłada z drugiej skrzyneczki zwinięty w rulonik los. Kataryniarz odjeżdża, powoli cichnie melodia, tylko jeszcze słychać ochrypłą papugę skrzeczącą, nie wiedzieć czemu – „Kaaasa dla Przemka, kaasa dla Przemka”... i już zupełnie bez sensu – „kuurtyna”.

Prezydent siada na tronie, ogląda w zadumie pierścionek, nie rozwijając losu zatyka go nieco fantazyjnie w krakowską czapkę, między pawie pióra i jakoś niecierpliwym gestem – jak od much – odgania się od szepczących mu coś do ucha zastępców.


Scena V


Literaci

Wchodzi naraz kilka niewielkich grup ludzi robiących w literaturze. Każda trzyma się oddzielnie. Każda z widocznym wysoko proporcem z nazwą organizacji literacko-poetycko-malarskiej. Na jednym z proporców wysoko wzniesionym napis „Proletariusze Wszystkich Krajów Piszcie Sonety”, a innym w kształcie tablicy „Żądamy darmowych materiałów piśmienniczych i blejtramów za darmo”, a na jeszcze innym trwożnie dzierżonym przez cokolwiek chudą, ale wiotką blondynkę – dramatyczny protest „Godności – precz z zasiłkami”. Poetki z wszystkich grup im starsze – tym bardziej natchnione. W przebojowości karminowych ust, bystrości oczu, lokach cokolwiek siwych koafiur – widać niezłomną potrzebą sławy i sponsorów dla wydania ich przełomowych dla świata dzieł. Panowie poeci więcej stateczni – widać reumatyzmy przeważyły patriotyczne romantyzmy. Wszyscy patrząc pobłażliwie i z odrobiną wyższości na prezydenta recytują – należycie modelując swoje cokolwiek zdarte głosy:

Myśmy nie ozonowa dziura,

myśmy prawdziwa kultura,

świata literatura.

Niesiem kaganki oświaty

jak wiechy – pod strzechy.

Aleć i nam do życia trzeba,

trochę kiełbasy, trochę chleba,

coś na rozgrzanie kości,

dachu nad głową!

Pytająco:

Czy nie widać od was z góry,

że z trudem cerujem dziury.

Klubu nie mamy żadnego – mówiąc ściśle,

przyjdzie nam się spotykać

– chyba jeno w Wiśle.


Wbrew ostatnim gorzkim wypowiedziom poetki zalotnie potrząsając kolczykami i szczebiocząc między sobą – ogarniają niecierpliwie i z pewnym obrzydzeniem łaszące się do nich zwierzątka i strzepują ze strojów ślady igliwia i kłaczki futer zwierzątek. Panowie poeci z dumnie wysuniętymi szczękami, czasami wsparci na lasce, czasami tylko powłócząc jedną z nóg – toczą ożywione, choć dostojnie – mądre rozmowy o możliwościach wydawania ich dzieł i o nowych postaciach sponsorów.
Prezydent (jakby zdumiony mówi do siebie)

Z każdym rokiem coraz ich więcej.

Głos z góry

I płodne jak australijskie kangury




Prezydent:

Prawda że ich dużo,

ale ponoć są wieczni.

Ja wszystko co dla kultury

miałem – oddałem.

Ponoć wśród nich jest niejedna klika

niechaj idą więc z pielgrzymką, choćby do Struzika.

Scena VI


Byli i przyszli
dygnitarze

Wchodzą pewnym krokiem byli, obecni, przyszli dygnitarze, vipowcy, dorobkiewicze, surowi i nieprzekupni sędziowie, adwokaci, prokuratorzy. Wszyscy w garniturach, frakach i lakierkach. Liczne damy towarzyszące – w futrach, złocie i brylantach. Z wyższością i nieukrywaną pogardą patrzą na ubranego we wspomniany strój krakowski prezydenta. Najgrubszy z nich w ciemnych okularach i w złotej grubej biżuterii mówi lekceważąco, czasami grypsując:

Wy tymczasowy,

bo przed referendum.

Kto my, Elyta!

Pachniem piniędzmi,

Diorem, gazem, ropą,

nikogo się nie boim

i kwita!

Odsapnąwszy nieco – pytająco do prezydenta:

A wy co umita?

Prezydent M:

Ja pracuję i buduję,

co inni zepsuli – reperuję,

jak zwykły szewc czy murarz”.

Najgrubszy:

Niby robicie w byznesie,

lecz ten strój, ta czapka z piórami,

to jakoś głupio i przaśnie!!!

Przy ostatnich słowach Najgrubszego prezydent wstaje, prawą rękę kładzie na sercu, lewą zaś dumnie – trochę zawadiacko poprawia pióra i wstążki u czapki krakuski, spokojnie mówiąc:

Ten strój, ta czapka, te pióra, te wstążki

to nasz strój – polski, krakowski

(z dumą)

I dobrze, że przaśnie,

bo to Polska właśnie

Zgromadzeni biznesmeni wraz z towarzyszącymi wybrylantowanymi damami zdumieni niezrozumiałą dla nich odpowiedzią i jakby trochę zawiedzeni – tokując i gulgocąc wychodzą. Scena powoli ciemnieje, gasną lampki na choinkach. W cieple zmierzchu gospodarz miasta i jego dwaj zastępcy jeszcze coś półgłosem – aby nie budzić zmęczonej, śpiącej trzódki – uzgadniają. Z ciemniejącego świerkowego lasu słychać łagodną jak mgła melodię kolędy „Cicha noc, święta noc”. Melodia – kolęda – kołysanka ogarnia opiekuńczo wszystko.


Dla „Tygodnika Płockiego” napisał w grudniu, w Płocku, w roku 2004 – Daniel Ratz. Rysunkami ozdobił Rafał Zawadzki.
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo Tygodnik Płocki




Reklama
Najnowsze wiadomości