Najnowsze informacje
anal pump

Nie damy naszego doktora

Z chirurgiem Andrzejem Sosnowskim – przewodniczącym NSZZ „Solidarność” Wojewódzkiego Szpitala Zespolonego w Płocku w 1980 r., rozmawia Lena Szatkowska. Jak pan zapamiętał początki Solidarności?
– Najpierw działałem w branżowych związkach zawodowych. Teoretycznie te związki coś znaczyły, ale tak naprawdę ich moc nie była wykorzystywana. Gdy powstała Solidarność, poczułem, że ja muszę w to wejść, choć na początku nie wiedziałem, co z tego wszystkiego wyniknie. A jednak ludzie mi zaufali i przekonani, że mogę coś wywalczyć, powierzyli funkcję przewodniczącego związku. Wydaje mi się, że w grudniu 1981 zagrożenie było już wyczuwalne, zwłaszcza, że od wypadków w Bydgoszczy związek był przygotowany na stan wyjątkowy. Tworzyły się tajne struktury, zaczęliśmy działać według zasad konspiracji. Miałem nawet swojego zastępcę, o którym nikt nie wiedział.
Z chwilą ogłoszenia stanu wojennego znalazł się Pan na liście internowanych, ale nocą 13 grudnia nie został Pan aresztowany. W kronikach płockiej „Solidarności” odnotowano scenę właściwego aresztowania, w kilka dni później już w szpitalu, na oczach pacjentów i pracowników. Podobno najgłośniej krzyczały kobiety: „Nie damy naszego doktora!”.
– Stan wojenny zaczął się, gdy mieliśmy II walny zjazd w Petrochemii. Prowadziłem zebranie, byłem chyba czwartym czy piątym przewodniczącym. O 22. przyszła żona. Próbowała mnie wywołać z sali, ponieważ otrzymała wiadomość, że mogą być aresztowania. W mieście zaczynało się coś dziać. Wyłączali telefony. Nie mogłem opuścić zebrania, nie wierzyłem nawet, że nas aresztują. Jeśli tak się stanie – myślałem – to zacznie się strajk i ta władza poleci. Zebranie skończyliśmy po północy. Następnego dnia miała się odbyć druga tura obrad. Była niedziela. Rankiem obudziła mnie końcówka przemówienia Jaruzelskiego. Poszedłem do świętego Jana na mszę. Z zarządu było nas trzech, między innymi Jerzy Wawszczak. Co chwila ktoś dochodził, informował kogo zabrali. Przychodziły żony i sąsiedzi aresztowanych, pytając o los swoich bliskich. Po naradzie wydaliśmy rozporządzenie, żeby nie stawiać oporu. Widać było, że władza jest gotowa na wszystko. We trójkę: ksiądz Tadeusz Łebkowski, Tadeusz Taworski i ja pojechaliśmy do dowódcy wojskowego pytając o wyjaśnienie sytuacji. Jak pamiętam, dość ostra rozmowa nie przyniosła rezultatu. Po wyjściu stamtąd uświadomiłem sobie, że mogli mnie zwinąć, może jeszcze nie wiedzieli, że byłem na liście? Nie wróciłem więc do domu, nocowałem przy kościele na Górkach.
Jak długo się Pan ukrywał?
– Aresztowano mnie dopiero w piątek. W poniedziałek natomiast do szpitala wiózł mnie ks. Tadeusz. Wojskowy patrol zatrzymał nas przy rogatkach. Tłumaczyliśmy, że spieszymy się do chorego. W końcu nas przepuścili. W szpitalu ze zdumieniem stwierdziłem, że nikt nie nosi opasek, a przecież powinien być już strajk. Zdenerwowałem się, zawołałem chłopaków z radiowęzła, palnąłem mowę o tym, że wprowadzono stan wojenny, że jest to nielegalna akcja, niezgodna z konstytucją, atak na legalny związek, prawie wojskowy zamach stanu. Apelowałem, że na znak protestu powinniśmy włożyć biało czerwone opaski. Na koniec powiedziałem do chłopaków, żeby puszczali tę taśmę w kółko, dopóki mnie nie zabiorą. Po pół godzinie rzeczywiście przyjechał pułkownik z czterema żołnierzami. Kazali mi się ubrać i udać z nimi, bo mają parę pytań. Jak długo to potrwa, bo nie wiem, czy mam zabrać swój szpitalny zestaw dyżurny – szczoteczkę do zębów i przybory do golenia? – To zależy od Pana – usłyszałem. Gdy schodziłem z oddziału, hol był już pełen ludzi. Pacjenci i pracownicy zatarasowali drogę. Kobiety rzuciły się na mnie, odciągając od wojskowych. Krzyczały: nie damy doktora! Ktoś płakał, inni śpiewali „Jeszcze Polska”. Skonsternowany pułkownik obiecywał, że doktor wróci za dwie godziny. A Panie na to: dobrze, ale Pan tu z nami zostanie. Oczywiście się nie zgodził, ale nie wzięli mnie wtedy. Wróciłem na oddział.
Co było dalej?
– Około 21 do szpitala znów zawitał „znajomy” pułkownik. Tym razem był sam. Chciał mnie przekonać do podpisania lojalki. Miałem oświadczyć na piśmie, że zaprzestaję działalności wrogiej wobec Polski Ludowej. Nie uważałem, żebym prowadził wrogą działalność, więc się nie zgodziłem. Zaproponowano mi więc drugą wersję, że będę przestrzegał praw obowiązujących w Polsce. To chyba może Pan podpisać?- nakłaniał pułkownik. Odpowiedziałem, że mogę, jeśli każdy obywatel też to podpisuje. Ale jeśli podpiszę, to będę nadal protestować przeciwko stanowi wojennemu, bo według mnie wprowadzenie jego nie było zgodne z polskim prawem. Zrezygnowany przedstawiciel WRON-y (Wojskowa Rada Ocalenia Narodowego- przyp. lesz.) dał za wygraną. Niczego nie podpisałem. W czwartek natomiast zostałem zwolniony z pracy w zmilitaryzowanym już zakładzie, jakim ogłoszono szpital. Na czele placówki stanął dyrektor w mundurze.
Mimo pomysłów kolegów, którzy byli gotowi ukryć mnie w szpitalu, postanowiłem iść do domu. Był straszny mróz. Gdy stałem na przystanku czekając na autobus, cały personel wyszedł mnie pożegnać. Dostałem mnóstwo kwiatów. Potem podjechało jakieś auto. Znów proponowali mi kryjówkę. Ja jednak chciałem tylko odwieźć te wszystkie kwiaty do kościoła i wrócić do domu. Tę noc spędziłem u przyjaciół – Hani i Romka Pasztów. Rano poszedłem do domu. Aresztowano mnie (to był piątek), około 18 przyszedł Wojtek Ostrzycki z żoną, niespokojni, co ze mną. A potem trzech, którzy mnie zabrali.
Jak wyglądało przesłuchanie? Jakie postawiono Panu zarzuty?
– Na komendzie odbyła się długa rozmowa, w czasie której proponowano mi nawet posadę lekarza wojewódzkiego, pracę w szpitalu MSW, gdzie była najlepszy oddział kardiochirurgii, itp. Niby szczera rozmowa, major ma łzy w oczach. Martwi się razem ze mną o Polskę. Był świetnie wyszkolony, a chodziło tylko o jeden podpis. W końcu oświadczam, że podpiszę, jeśli pokażą mnie na żywo w telewizji. Mój rozmówca ucieszony mówi, że da się załatwić. Ja no to, że nie wiem, czy będzie się podobało to, co chcę powiedzieć. Bo ja chciałbym powiedzieć, że to jest zamach na praworządny związek, że to pucz wojskowy.
Nie bał się Pan takich odważnych słów?
– Nie wiem, czy bym się tak zachował, gdyby mnie wzięli pierwszego dnia. W tym momencie miałem jasny umysł. Wiedziałem, że koledzy siedzą i ja wkrótce do nich dołączę. Ale postanowiłem nie oddać tanio skóry. Przepychanki trwały do późnej nocy. Wsadzili mnie najpierw do jakiejś nory na komendzie. Później wylądowałem w Mielęcinie.
Jak wyglądało życie w ośrodku odosobnienia, które oficjalna propaganda nazywała wczasami?
-W Mielęcinie byli ze mną: Owczarski, Łykowski, Rybicki i jeszcze kilku z Włocławka. Później zmniejszyli liczbę osób w celi do czterech. Ze mną siedzieli: Wojtek Wiścicki, Hubert Lorenowicz i Rysiek Wilk z Turka. Było ciężko, zwłaszcza psychicznie. Jednemu z internowanych obiecali, że go wypuszczą na wigilię do domu. Nie wypuścili, a on podpisał. Załamał się, próbował popełnić samobójstwo. Uratowaliśmy go w ostatniej chwili.
Więźniowie zorganizowali świetny system komunikowania się. W dziesięć minut wiadomości obiegały cały blok. Sposobów było mnóstwo – dziury w ścianach, stukanie. Tą drogą przyszła wiadomość o powodzi. Napisaliśmy więc podanie do komendanta Tretyna, że chcemy pomóc ludziom w sypaniu wałów. Dostaliśmy odpowiedź, że nie wolno nam brać udziału w żadnej zbiorowej akcji. Spróbowałem jeszcze raz. Napisałem, że mogę się przydać jako lekarz w pogotowiu, nawet pod eskortą albo na placówce- też odmówili. Dopiero jak przyjechał Czerwony Krzyż, pozwolono mi opiekować się chorymi kolegami. Wszyscy powiedzieli, że nie dadzą się zbadać, jeśli ja nie będę przy tym obecny. Lekarz- Szwajcar się zgodził, zwłaszcza, że nie rozumiał polskiego. Wystąpiłem wiec jako lekarz i tłumacz. Odtąd dostałem pozwolenie na poruszanie się po całym więzieniu. Przekonałem naczelnika, że jeśli coś się komuś stanie, to on będzie za to odpowiadał, a nie system. Jak chciałem z kimś pogadać, to udawałem się do kolegów pod pretekstem wizyty lekarskiej.
Po powrocie z internowania zajmował się Pan wraz z innymi lekarzami apteką.
– Wyszedłem na początku maja. Po wyjściu z internatu raz tylko poszedłem na milicję. W Mielęcinie mnie przeszkolili, żeby nie wdawać się w rozmowę. Było to trudne, bo oni prowokowali. Kiedy postanowiłem, że więcej nie pójdę, zaczęli nękać moją rodzinę. Usiłowali zastraszyć trzynastoletniego wówczas Marcina – mojego syna.
Z oczywistych względów nie wchodziłem w żadne podziemne struktury. Wiedziałem, że jestem obserwowany, aczkolwiek nie tak dobrze, bo nie odkryli co ja robiłem. Starałem się założyć placówkę prawną dla osób, które były internowane czy prześladowane w trakcie stanu wojennego. Bardzo nam wtedy pomogli prawnicy Grzegorz Falkowski i Włodek Szafrański. Oficjalnie zajmowałem się apteką leków zagranicznych. Mój przyjaciel z dzieciństwa, lekarz wet., mieszkający we Francji, zaangażował się w pomoc medyczną. Aptekę umieściliśmy tam, gdzie byłą siedziba Solidarności i to ogromnie kłuło w oczy. Leki były za darmo, ale na receptę. Czuwali nad tym lekarze, m.in. doktor Mościcka i Ciska.
W oficjalnych darach, które przychodziły do seminarium, ukryte były też inne rzeczy. Dzięki mojemu przyjacielowi myśmy przejęli radiostację z Francji, która przekazana została do Gdańska. Rozdzielaliśmy też powielacze. Konspiracyjną drogą przychodziła wiadomość, że o określonej porze, w takim samochodzie będzie „coś”. Zwykle to coś było umiejscowione najbliżej szoferki w wielkich tirach. Trzeba było tak zorganizować przejęcie, żeby najmniej osób wtajemniczyć. Odbywało się to w następujący sposób: tir z lekarstwami wjeżdżał na teren seminarium, myśmy to rozładowywali aż do momentu, kiedy dotarliśmy do przesyłki specjalnej. Wtedy Franciszek Kuć mówił: Proszę Państwa, koniec na dzisiaj, już wieczór. Zostawaliśmy tylko my dwaj wtajemniczeni. Na powielaczach odbijano podziemne ulotki.
Dlaczego Pan wyjechał z kraju?
-Władza jaruzelska wszystkich namawiała na wyjazd za granicę. Zmuszono do wyjazdu Wojtka Wiścickiego. Tak samo było z Olą i Andrzejem Pacałowskimi. Moi znajomi z Anglii dowiedzieli się, że byłem internowany i przysłali mi zaproszenie po raz trzeci. Dwa pierwsze nigdy nie doszły. Złożyłem podanie, że chcę wyjechać na rok do Anglii. Dali nam chętnie paszporty uprawniające do jednokrotnego przekroczenia granicy. To był taki bilet w jedną stronę. Zabrakło wpisu: oraz powrotu. Kiedy zdecydowałem się wyjechać, myślałem, że naprawdę wrócę po roku. W 1984 roku dowiedziałem się, że jest konkurs na ordynatora oddziału chirurgicznego WSZ w Płocku. Złożyłem papiery, ale je odrzucono, bo podobno dokumentacja była niekompletna. Z Polski dochodziły niepokojące wieści. Ewa Jaszczak, która opiekowała się naszym mieszkaniem, była wciąż nękana rewizjami. W rezultacie przedłużaliśmy pobyt w Anglii z roku na rok. Mieszkamy w Leicester już 21 lat. Jestem wciąż lekarzem-konsultantem.
Jak Pan ocenia po latach czas Solidarności?
– Jestem dumny, że uczestniczyłem w czymś tak wyjątkowym. Wspominam ten okres bardzo ciepło, jako czas ogromnej nadziei.

Zobacz kolejny artykuł

Dachowanie samochodu w Bończy

W sobotę, 4 listopada około godziny 8.30 doszło do niebezpiecznego zdarzenia w miejscowości Bończa na …