Najnowsze informacje
anal pump

Hey – czyli bunt ustateczniony

Nowa płyta zespołu Hey to dowód na to, że człowiek staje się dorosły nie tylko po to, by zostać kolejnym trybikiem w społecznej maszynie do pracowania, zarabiania i robienia świątecznych zakupów. Bo bywa i tak, że człowiek dorasta po to, aby zmądrzeć. Kiedy słucha się piosenek śpiewanych przez Katarzynę Nosowską, to spostrzeżenie napawa sporą ulgą i satysfakcją.
Może i liczby nie są magiczne, ale dają do myślenia. Tegoroczny album grupy ukazuje się niemal równo 10 lat po tym, jak całą Polskę ogarnęła prawdziwa “Heyomania”. Ogromnej popularności, nagrodzie dla zespołu w Jarocinie, setkom koncertów towarzyszyła wówczas rewelacyjna sprzedaż dwóch pierwszych albumów zespołu “Fire” i “Ho!”. Największym atutem Heya w 1993r. była młodzieńcza naturalność. Czyli połączenie żywiołowej, gitarowej muzyki w modnym stylu grunge, ze spontanicznością i wdziękiem młodej wokalistki Kasi Nosowskiej, uznanej za symbol wchodzącego wtedy w życie pokolenia.
Lecz to, co było dobre na początek, później zaczęło coraz bardziej ciążyć. Kolejne płyty grupy były niewątpliwie dojrzalsze i na lepszym poziomie warsztatowym, ale być może właśnie dlatego nie powtórzyły sukcesu poprzedniczek. Bo młode pokolenie – rozdarte między tandetnymi pokusami świata konsumpcji, a naiwnym buntem przeciw niemu – potrzebowało muzycznego wyrazu jednego lub drugiego, bez wchodzenia w niuanse i dzielenia włosa na czworo. Skoro zatem romantyczny bunt Heya zaczął się niepokojąco ustateczniać, wybrało przedstawicieli drugiej strony. Czyli zespół Varius Manx, który niepodzielnie panował na scenie muzycznej przez dobrych kilka lat, stając się symbolem Polski połowy lat 90-tych: Polski błyskotliwych aż kłuło w oczy karier, szybkich pieniędzy i samochodów oraz rozpanoszonego nowobogackiego blichtru.
Ale czasy – jak powiada Bob Dylan – ciągle się zmieniają. Muzycznymi bohaterami mas nie są dziś artyści w rodzaju Varius Manx czy eleganckich, jakby wyszli od najlepszego krawca chłopaków z De Mono, tylko proletariaccy Ich Troje albo kolejni zwycięzcy konkursów dla zapatrzonych w telewizor mas w rodzaju “Idola”. I w taką właśnie, skacowaną po paru latach karnawału, sfrustrowaną brakiem perspektyw rzeczywistość powraca zespół Hey ze swoją nową płytą.
M – jak Muzyka
Grupa powraca z jedną tylko – za to znaczącą – zmianą w składzie: gitarzystę i twórcę większej części repertuaru starego Heya Piotra Banacha zastąpił Paweł Krawczyk. Cała reszta tak jak dawniej: wokalistka Katarzyna Nosowska (która przestała być Kasią nie tylko w sposobie bycia, ale i śpiewania), gitarzysta Marcin Żabiełowicz, basista Jacek Chrzanowski i perkusista Robert Ligiewicz. O wiele więcej zmian zaszło w samej muzyce. Nadal czerpie ona z korzeni rasowego, gitarowego rocka, nadal zręcznie łączy ciężar i mięsistość brzmienia z melodyjnością i zwiewnym urokiem linii wokalnych, ale przybyło jej aranżacyjnego wyrafinowania (mocne gitarowe riffy kontra elektronika w piosenkach “Manto”, “Miss ouri” czy “Moll”), powiększyła się skala stylistycznych odniesień i zapożyczeń (hiphopowa maniera wokalna w “Mehehe”, soulowe echa w balladzie “Morfena”, agresywność rytmu jak z techno rodem w “Moogie”). Wszystkie te skojarzenia nie wpływają jednak na wrażenie wyjątkowej spójności i jednorodności materiału. Muzyka Heya brzmi dziś po dawnemu świeżo i efektownie, ale na wskroś nowocześnie, zaś jej siła i żywiołowość są wzięte w karby warsztatowych kompetencji muzyków i podporządkowane przemyślanej wizji albumu jako całości. Do tego stopnia, że tytuł płyty “Music” uzupełniają tytuły poszczególnych utworów – wszystkie zaczynające się na literę M.
Wizję tę dopełniają inteligentne teksty Nosowskiej. Wokalistka rozlicza się w nich z lękami i fobiami (“Muka!”) oraz miłosnymi historiami (“Mru-mru”) własnej naiwnie-romantycznej młodości, przedstawia groteskowo zdeformowane obrazki obyczajowe z życia współczesnych “strasznych mieszczan” (“Mehehe”, “Moll” i chyba najlepszy na płycie, opatrzony zniewalająco przebojowym refrenem “Moogie”) albo dzieli się refleksjami o przemijalności uczuć (“Mataforgana”) i ich nosicieli, czyli nas samych (“Miss ouri”, z zapadającą w pamięć frazą o czasie, który zeskrobuje emalię z kobiecych pośladków, a na skroniach zostawia kody kreskowe zmarszczek). Katarzyna Nosowska oprócz wielkiego naturalnego talentu i niezwykłej pasji śpiewania zyskała przez lata spore doświadczenie, a wszystko to wrzucone do wrzącego kotła z muzyką daje naprawdę imponujący efekt.
Muzyka Heya pokazuje, że rock potrafi być nie tylko rozrywką dla młodzieży w wieku gimnazjalnym. Dorosła, przemyślana postać tej muzyki potrafi być nie tylko fascynująca, ale także całkiem celnie komentować to, co dzieje się wokół. Tym bardziej, że grupa powraca w idealnym momencie. Wypaliła się i zachłanna radość z nowej rzeczywistość, i gwałtowny bunt przeciw jej natrętnie komercyjnym aspektom. Pozostaje to, co zawsze było głównym zadaniem sztuki: być lustrem dla świata i mówić – choćby najmniej popularną, najmniej modną – prawdę.
Maciej Woźniak

Zobacz kolejny artykuł

Rektor PWSZ w Płocku stawia ultimatum

Rektor Państwowej Wyższej Szkoły Zawodowej w Płocku prof. Maciej Słodki poprosił prorektorów uczelni o rezygnację …