Przygotowania do świąt są już w pełni. Hipermarkety przeżywają najlepszy czas. Choć przed sklepami w Płocku nie ma miejsca do parkowania, to na halach w szale zakupów pełno kupujących. Kupujemy przede wszystkim prezenty dla bliskich oraz dużo artykułów spożywczych, by stół uginał się od jadła i napitku wszelkiego. W tym pędzie łatwo zapomnieć, po co tak naprawdę są święta. To nie są hucznie obchodzone dni wolne od pracy z wszędobylskimi znakami: choinek, bombek i świętego Mikołaja. To przypomnienie wielkiego wydarzenia. – Jezus Chrystus się narodził. Pan przyszedł do każdego z nas. Dla Niego jesteśmy wszystkim bez względu na to, jakie stanowiska zajmujemy, jaki stan materialny nas różni, jakiekolwiek miejsce na tym świecie zajmujemy. On każdego z nas ukochał i traktuje w sposób poważny. On też oczekuje, że otworzymy swoje serca, aby mógł wejść w to wszystko, co nas stanowi – mówi ks. Janusz Cegłowski, proboszcz płockiej Fary. Podkreśla też, że w sercach każdego człowieka jest wiele różnych, ciemnych zakamarków, lęków, obaw, niepokojów i rozczarowań. – To jest historia każdego człowieka, a Jezus chce w to wszystko wejść ze swoim światłem miłości, nadziei. Chce powiedzieć na nowo „Nie lękaj się. Ja jestem z tobą. Ja Ciebie umiłowałem”. To jest ta radosna nowina. Proboszcz przypomina, by w krzątaninie świątecznej bombka, choinka, opłatek czy wieczerza wigilijna – wypełniające to wielkie wydarzenie – nie przysłoniły tego, czemu te znaki służą. Obok tego wielkiego dla świata katolickiego wydarzenia, ważne jest też jednoczenie się rodziny przy wigilijnym stole i polskie tradycje przekazywane z pokolenia na pokolenie. Chociaż te ostatnie nieco w naszych domach zamierają. Zazwyczaj kończą się one na kolacji wigilijnej (gdzie nie zawsze znajduje się 12 postnych potraw), dzieleniu się opłatkiem, śpiewaniu kolęd i pójściu na pasterkę. Coraz mniej jest takich domów, gdzie w Wigilię czyta się fragmenty z pisma świętego, pod obrusem leży sianko, czy też wspólnie przygotowuje się dekoracje świąteczne na choinkę. – Dziś opłatek służy nam do składania życzeń świątecznych. Dawniej robiono z niego także ozdoby, mające przynieść domom spokój, dostatek i pomyślność – tłumaczy Magdalena Lica-Kaczan, etnograf z płockiego Spichlerza. Tradycja opłatkowa dotarła do Polski dopiero w XIX wieku. Najpierw łamali się nim mieszczanie i szlachta, potem dopiero trafił do chałup chłopskich. Opłatek ma wciąż taki sam wygląd, choć wcześniej ta mieszanina wody i mąki wypełniała matryce ręczne, tzw. żelazka. Czasem barwiono je barwnikami spożywczymi. Zielone były od szpinaku, a czerwone, dzięki sokowi z buraków. Dziś mało kto pamięta, że z opłatków można robić ozdoby choinkowe, tzw. światy. – Światy to ażurowe kule robione z opłatków. Prawdopodobnie inspiracją do ich robienia okazał się świat otrzymany przez Chrystusa. Takie wyobrażenia przekazywane były w rzeźbie, ale i obrazie – tłumaczy etnograf. Kuliste w kształtach światy początkowo miały wymiar magiczny. Wieszano je w domach w pobliżu świętych obrazów, albo jako samodzielne ozdoby na belkach. Potem stały się główną ozdobą choinek. Wtedy przyjmowały kształt kołysek, krzyżyków, gwiazdek. Wykonywały je dziewczęta, gdyż do nich należało zdobienie domostw. – Początkowo walory magiczne, zapewniające wszelką pomyślność, dominowały nad ozdobnymi. Świat powstawał z cząstek opłatków, który został po podzieleniu się przy Wigilii, dzięki czemu miał szczególną moc – opowiada Magdalena Lica-Kaczan. Na początku XX wieku ten zwyczaj znany był praktycznie w całej Polsce. Na Mazowszu zachował się w okolicach Wyszogrodu, gdzie świat potocznie nazywany był jabłuszkiem. Gdy krucha materia dotrzymała kolejnej Wigilii, kruszono ją i dodawano do pokarmu zwierząt gospodarskich, by były zdrowe i dorodne. Na warsztaty tworzenia światów do płockiego Spichlerza przyszło niewielu płocczan, choć taki zwyczaj raczej warto kultywować. Hej kolęda, kolęda! – Wiele starszych osób wspomina też z łezką w oku tradycyjne kolędowanie, kiedy chodziło się od domu do domu, by nieść dobrą nowinę. Dzieci i wnuki, niestety, już tego nie szanują albo nie znają – tłumaczy Piotr Hanaś, muzyk, który wędruje od wioski do wioski w poszukiwaniach m.in. kolęd apokryficznych bądź życzeniowych, czyli takich, które powstawały na wsiach, ale nie trafiły do kanonu kościelnego. Pieśni mówiące o wesołej nowinie pokazują, jak ludzie odbierali historię narodzenia Jezusa, choć czasem błędnie sugerują, że Chrystus narodził się w Polsce. – Kolędy apokryficzne nie są gorsze od tradycyjnych kolęd, a przy okazji świadczą też o naszej kulturze. Ludzie chcą się nimi dzielić, choć czasem wstydzą się przed młodszymi – zaznacza płocki kolędnik, który wraz ze swoim zespołem koncertował przed Wigilią w naszym mieście, ale występuje też w całej Polsce. – Śpiewamy kolędy znane głównie na terenie Mazowsza, Podlasia i Lubelszczyzny. Częściowo korzystamy ze zbioru Oskara Kolberga. Większość pochodzi z XIX wieku. Jako młodzi ludzie nie docenialiśmy tego bogactwa. Może nawet w ogóle nie chcieliśmy znać takiej twórczości. Moi rodzice, jako pierwsze pokolenie inteligenckie, starali się na siłę zapomnieć o korzeniach chłopskich, by się w pełni zaadaptować w mieście – tłumaczy Piotr Hanaś. Przypadek sprawił, że po latach pan Piotr pojechał na wieś i mógł posłuchać starych pieśni w oryginalnym wykonaniu. Zachwyciło go bogactwo kultury. Trudno było nauczyć się tych kolęd. – To inna muzyka, inne dźwięki, których nie ma na klawiaturze w pianinie. Tej muzyki nie da się zapisać w nutach. Udało się. Zasłyszane kolędy zaczął śpiewać z własnymi dziećmi, a potem kolędował też chodząc po domach. – Ludziom podobało się, że ktoś w święta przychodzi do nich z kolędą. To daje nowy wymiar przeżywania wiary. Nie usłyszymy takich kolęd u siebie w parafii. Warto się skrzyknąć i stworzyć okazję do zaprezentowania starych pieśni. Muzycy śpiewają i grają na starych instrumentach m.in. na lirze korbowej, znanej już w średniowieczu. Z dworów królewskich trafiła ona do rąk wędrownych żebraków tzw. dziadów, występujących na jarmarkach i odpustach. Zwyczaj kolędowania powrócił również w Płocku. Co roku chóry naszych szkół i uczelni wędrują ulicami z kolędą na ustach do swoich przyjaciół i na płocką starówkę. Wszędzie są życzliwie przyjmowani i wyczekiwani. Podobnie przyjęła się tradycja Wigilii na Starówce. Tuż przez świętami płocczanie spotykają się z prezydentem miasta. Dzielą się opłatkiem, składają życzenia, wspólnie spożywają wigilijne potrawy, choćby pierogi z kapustą i grzybami. W tym roku Mirosław Milewski podkreślił, że: – Płock ciągle się zmienia i dalej będzie się zmieniał na lepsze. Życzył również aby w święta, jak i cały następny rok, towarzyszyły nam mądrość, miłość, radość, zdrowie i poczucie bezpieczeństwa. Na Starówce zagrali też górale. Mieszkańcy od harcerzy wzięli do swych domów Betlejemskie Światełko Pokoju, które dzięki skautom przywędrowało do Płocka z miejsca narodzin Pana. Może brakowało jedynie śniegu. Ale jak podkreślił ksiądz proboszcz Janusz Cegłowski, dzięki temu mamy bardzo podobne warunki, jakie panowały ponad 2000 lat temu w Betlejem, gdzie przecież nikt nie zna białych, zimnych płatków. Z roku na rok na wspólną Wigilię na Starówce przybywa coraz więcej mieszkańców. Wszyscy chcą się cieszyć wspólnie wesołą nowiną. Nie chcą przeżywać świąt w samotności. Pamiętajmy o tym, patrząc na jeszcze jedną polską tradycję wigilijną, gdy przy naszym stole jest o jedno miejsce więcej. Nie tylko dla bliskich, którzy od nas odeszli, zbłąkanych wędrowców, ale też samotnych sąsiadów za ścianą, czy też chorych, słabszych i biedniejszych. Blanka Stanuszkiewicz
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze