Reklama

Hej kolęda, kolęda...

20/12/2006 09:46
Przygotowania do świąt są już w pełni. Hipermarkety przeżywają najlepszy czas. Choć przed sklepami w Płocku nie ma miejsca do parkowania, to na halach w szale zakupów pełno kupujących. Kupujemy przede wszystkim prezenty dla bliskich oraz dużo artykułów spożywczych, by stół uginał się od jadła i napitku wszelkiego. W tym pędzie łatwo zapomnieć, po co tak naprawdę są święta. To nie są hucznie obchodzone dni wolne od pracy z wszędobylskimi znakami: choinek, bombek i świętego Mikołaja. To przypomnienie wielkiego wydarzenia.
– Jezus Chrystus się narodził. Pan przyszedł do każdego z nas. Dla Niego jesteśmy wszystkim bez względu na to, jakie stanowiska zajmujemy, jaki stan materialny nas różni, jakiekolwiek miejsce na tym świecie zajmujemy. On każdego z nas ukochał i traktuje w sposób poważny. On też oczekuje, że otworzymy swoje serca, aby mógł wejść w to wszystko, co nas stanowi – mówi ks. Janusz Cegłowski, proboszcz płockiej Fary. Podkreśla też, że w sercach każdego człowieka jest wiele różnych, ciemnych zakamarków, lęków, obaw, niepokojów i rozczarowań.
– To jest historia każdego człowieka, a Jezus chce w to wszystko wejść ze swoim światłem miłości, nadziei. Chce powiedzieć na nowo „Nie lękaj się. Ja jestem z tobą. Ja Ciebie umiłowałem”. To jest ta radosna nowina.
Proboszcz przypomina, by w krzątaninie świątecznej bombka, choinka, opłatek czy wieczerza wigilijna – wypełniające to wielkie wydarzenie – nie przysłoniły tego, czemu te znaki służą.
Obok tego wielkiego dla świata katolickiego wydarzenia, ważne jest też jednoczenie się rodziny przy wigilijnym stole i polskie tradycje przekazywane z pokolenia na pokolenie. Chociaż te ostatnie nieco w naszych domach zamierają. Zazwyczaj kończą się one na kolacji wigilijnej (gdzie nie zawsze znajduje się 12 postnych potraw), dzieleniu się opłatkiem, śpiewaniu kolęd i pójściu na pasterkę.
Coraz mniej jest takich domów, gdzie w Wigilię czyta się fragmenty z pisma świętego, pod obrusem leży sianko, czy też wspólnie przygotowuje się dekoracje świąteczne na choinkę.
– Dziś opłatek służy nam do składania życzeń świątecznych. Dawniej robiono z niego także ozdoby, mające przynieść domom spokój, dostatek i pomyślność – tłumaczy Magdalena Lica-Kaczan, etnograf z płockiego Spichlerza.
Tradycja opłatkowa dotarła do Polski dopiero w XIX wieku. Najpierw łamali się nim mieszczanie i szlachta, potem dopiero trafił do chałup chłopskich.
Opłatek ma wciąż taki sam wygląd, choć wcześniej ta mieszanina wody i mąki wypełniała matryce ręczne, tzw. żelazka. Czasem barwiono je barwnikami spożywczymi. Zielone były od szpinaku, a czerwone, dzięki sokowi z buraków. Dziś mało kto pamięta, że z opłatków można robić ozdoby choinkowe, tzw. światy.
– Światy to ażurowe kule robione z opłatków. Prawdopodobnie inspiracją do ich robienia okazał się świat otrzymany przez Chrystusa. Takie wyobrażenia przekazywane były w rzeźbie, ale i obrazie – tłumaczy etnograf.
Kuliste w kształtach światy początkowo miały wymiar magiczny. Wieszano je w domach w pobliżu świętych obrazów, albo jako samodzielne ozdoby na belkach. Potem stały się główną ozdobą choinek. Wtedy przyjmowały kształt kołysek, krzyżyków, gwiazdek. Wykonywały je dziewczęta, gdyż do nich należało zdobienie domostw.
– Początkowo walory magiczne, zapewniające wszelką pomyślność, dominowały nad ozdobnymi. Świat powstawał z cząstek opłatków, który został po podzieleniu się przy Wigilii, dzięki czemu miał szczególną moc – opowiada Magdalena Lica-Kaczan.
Na początku XX wieku ten zwyczaj znany był praktycznie w całej Polsce. Na Mazowszu zachował się w okolicach Wyszogrodu, gdzie świat potocznie nazywany był jabłuszkiem. Gdy krucha materia dotrzymała kolejnej Wigilii, kruszono ją i dodawano do pokarmu zwierząt gospodarskich, by były zdrowe i dorodne.
Na warsztaty tworzenia światów do płockiego Spichlerza przyszło niewielu płocczan, choć taki zwyczaj raczej warto kultywować.
Hej kolęda, kolęda!
– Wiele starszych osób wspomina też z łezką w oku tradycyjne kolędowanie, kiedy chodziło się od domu do domu, by nieść dobrą nowinę. Dzieci i wnuki, niestety, już tego nie szanują albo nie znają – tłumaczy Piotr Hanaś, muzyk, który wędruje od wioski do wioski w poszukiwaniach m.in. kolęd apokryficznych bądź życzeniowych, czyli takich, które powstawały na wsiach, ale nie trafiły do kanonu kościelnego. Pieśni mówiące o wesołej nowinie pokazują, jak ludzie odbierali historię narodzenia Jezusa, choć czasem błędnie sugerują, że Chrystus narodził się w Polsce.
– Kolędy apokryficzne nie są gorsze od tradycyjnych kolęd, a przy okazji świadczą też o naszej kulturze. Ludzie chcą się nimi dzielić, choć czasem wstydzą się przed młodszymi – zaznacza płocki kolędnik, który wraz ze swoim zespołem koncertował przed Wigilią w naszym mieście, ale występuje też w całej Polsce.
– Śpiewamy kolędy znane głównie na terenie Mazowsza, Podlasia i Lubelszczyzny. Częściowo korzystamy ze zbioru Oskara Kolberga. Większość pochodzi z XIX wieku. Jako młodzi ludzie nie docenialiśmy tego bogactwa. Może nawet w ogóle nie chcieliśmy znać takiej twórczości. Moi rodzice, jako pierwsze pokolenie inteligenckie, starali się na siłę zapomnieć o korzeniach chłopskich, by się w pełni zaadaptować w mieście – tłumaczy Piotr Hanaś.
Przypadek sprawił, że po latach pan Piotr pojechał na wieś i mógł posłuchać starych pieśni w oryginalnym wykonaniu. Zachwyciło go bogactwo kultury. Trudno było nauczyć się tych kolęd. – To inna muzyka, inne dźwięki, których nie ma na klawiaturze w pianinie. Tej muzyki nie da się zapisać w nutach.
Udało się. Zasłyszane kolędy zaczął śpiewać z własnymi dziećmi, a potem kolędował też chodząc po domach. – Ludziom podobało się, że ktoś w święta przychodzi do nich z kolędą. To daje nowy wymiar przeżywania wiary. Nie usłyszymy takich kolęd u siebie w parafii. Warto się skrzyknąć i stworzyć okazję do zaprezentowania starych pieśni.
Muzycy śpiewają i grają na starych instrumentach m.in. na lirze korbowej, znanej już w średniowieczu. Z dworów królewskich trafiła ona do rąk wędrownych żebraków tzw. dziadów, występujących na jarmarkach i odpustach.
Zwyczaj kolędowania powrócił również w Płocku. Co roku chóry naszych szkół i uczelni wędrują ulicami z kolędą na ustach do swoich przyjaciół i na płocką starówkę. Wszędzie są życzliwie przyjmowani i wyczekiwani.
Podobnie przyjęła się tradycja Wigilii na Starówce. Tuż przez świętami płocczanie spotykają się z prezydentem miasta. Dzielą się opłatkiem, składają życzenia, wspólnie spożywają wigilijne potrawy, choćby pierogi z kapustą i grzybami.
W tym roku Mirosław Milewski podkreślił, że: – Płock ciągle się zmienia i dalej będzie się zmieniał na lepsze. Życzył również aby w święta, jak i cały następny rok, towarzyszyły nam mądrość, miłość, radość, zdrowie i poczucie bezpieczeństwa.
Na Starówce zagrali też górale. Mieszkańcy od harcerzy wzięli do swych domów Betlejemskie Światełko Pokoju, które dzięki skautom przywędrowało do Płocka z miejsca narodzin Pana. Może brakowało jedynie śniegu. Ale jak podkreślił ksiądz proboszcz Janusz Cegłowski, dzięki temu mamy bardzo podobne warunki, jakie panowały ponad 2000 lat temu w Betlejem, gdzie przecież nikt nie zna białych, zimnych płatków.
Z roku na rok na wspólną Wigilię na Starówce przybywa coraz więcej mieszkańców. Wszyscy chcą się cieszyć wspólnie wesołą nowiną. Nie chcą przeżywać świąt w samotności. Pamiętajmy o tym, patrząc na jeszcze jedną polską tradycję wigilijną, gdy przy naszym stole jest o jedno miejsce więcej. Nie tylko dla bliskich, którzy od nas odeszli, zbłąkanych wędrowców, ale też samotnych sąsiadów za ścianą, czy też chorych, słabszych i biedniejszych.
Blanka Stanuszkiewicz
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo Tygodnik Płocki




Reklama
Najnowsze wiadomości