Na pytanie o jakim zawodzie marzył w dzieciństwie, ze śmiechem odpowiedział, że pewnie chciał być strażakiem. – Odkąd sięgam pamięcią, zawsze marzyłem o tym, by być piłkarzem. Zresztą nie miałem innego wyjścia, bo i mój ojciec był piłkarzem i dwaj bracia także. Czyli rzeczywiście, jestem dziedzicznie obciążony.Jako dziecko był bardzo grzeczny i absolutnie nie sprawiał kłopotów rodzicom. Dziś wspomina, że potrafił postawić na swoim. Lubił oglądać telewizję, przede wszystkim „Ekran z bratkiem” i filmy: Invenhoe, Złamana strzała, Zorro. Podkreśla, że to były wspaniałe filmy. Lubił czytać, a najchętniej czytał książki związane z militariami, wojenne, z bandami UPA, ale jest przeciwnikiem wojen. Nastawiony jest do życia bardzo pokojowo. W nielicznych wolnych chwilach, lubi chodzić z rodziną do kina. Ostatnio wraz z córką oglądał „Dinozaury”. Lubi komedie, a nienawidzi horrorów. Może być thriller. Nie lubi opery, choć przyznaje, że zna najbardziej znane arie z poszczególnych oper, a jeśli już, to zdecydowanie woli operetkę. Na pytanie czy jest rozrywkowym człowiekiem mówi – zbyt mało się bawię, ale to z powodu braku czasu. Zawsze rodzina była dla mnie najważniejsza i z bliskimi starałem się spędzać wolny czas, a poza tym, to głównie byłem w pracy. Syn Dariusza Wdowczyka ma 17 lat, przed tygodniem zdawał egzamin na prawo jazdy, jest uczniem III klasy Liceum Ogólnokształcącego w Warszawie. córka ma 12 lat, jest uczennicą szkoły podstawowej. - Myślę, że rzeczywiście zbyt mało czasu im poświęcam. - A nie będzie pan kiedyś tego żałował, że praca, a wcześniej gra przesłoniła inne ważne rzeczy w życiu. - My przez ostatnie 10 lat sporo czasu spędziliśmy wspólnie. Kiedy wyjeżdżałem na Wyspy, to tam wyjazdów i zgrupowań nie było tak dużo jak tu. Normalne było to, ze na mecz wyjeżdżało się w dniu grania. Jedyny wyjazd dalszy to był do Aberdeen i wtedy jechaliśmy tam dzień wcześniej. I jak tak dziś wspominał tamte czasy, to bardzo dużo czasu spędzałem w domu z rodziną, widziałem jak dzieci rosły, niestety to się zmieniło znowu po powrocie do Polski. Teraz tego czasu jest zdecydowanie mniej niż przez ostatnie 10 lat. Na temat ideału kobiety trener za bardzo nie chciał rozmawiać, za to od razu podkreślał, że większość obowiązków w jego rodzinie spadło właśnie na żonę. - Jestem przekonany, że gdyby nie ona, nie robiłbym tego, co teraz robię. Jest duża zasługa żony w tym kim jestem. Nigdy nie było problemu z tym, że żona ma poświęcać swoje ambicje tylko dlatego, że ja robiłem karierę. Moja żona cały czas pracuje i pracowała także na Wyspach. I to nie dlatego, że mówimy o ambicjach, ale zawsze potrzeba człowiekowi obcowania z innymi ludźmi, kontaktu z nimi i choć nigdy nie musiała pracować to chciała i pracowała. Na pewno państwo Wdowczykowie nie przeniosą się do Płocka. Żona z dziećmi pozostanie w Warszawie, a on będzie dojeżdżał tak często jak to jest możliwe. Nikt nie może zaprzeczyć, że trener Wdowczyk jest człowiekiem którego często ogląda się na ekranie telewizora. O takich ludziach można powiedzieć, ze są medialni. Jak nie było czego puścić w serwisie sportowym, to wystarczyła wizyta w Polonii i trener nigdy nie odmawiał. W Płocku będzie prawdopodobnie tego pozbawiony. Jedna lokalna telewizja to nie to samo. - Musimy zrobić wszystko żeby te kamery do Płocka przyciągnąć. Wierzę, że jest taka możliwość, bo wystarczy grać atrakcyjną piłkę, żeby kamery śledziły nasze poczynania. - Czy lubi Pan być w świetle reflektorów? - Nie przeszkadza mi to. Najłatwiej czerpać wiedzę o drużynie od poprzedniego trenera. Co zatem Albin Mikulski powiedział trenerowi Wdowczykowi o drużynie ORLEN-u? - Z tego co wiem, to Albin jest trenerem Polonii. Rozmawialiśmy, w pewnych sprawach ja też mu radziłem. Pytałem oczywiście o tę drużynę, ale przede wszystkim sam chciałbym wyrobić sobie własną opinię, niezależnie od tego co inni będą mówić na temat tego zespołu. Mam nadzieję, że ten dwumiesięczny okres wspólnego pobytu tutaj, wspólnych treningów wystarczy na to, by się dobrze poznać. Zresztą, ja niektórych piłkarzy już znam. Niektórych tylko z nazwiska, innych osobiście. Przecież chyba wszyscy kibice w Polsce wiedzą, kto to jest Saganowski, Nosal. Znam Jacka Dąbrowskiego, pozostałych być może mniej albo więcej, są tacy których nie znam wcale. Ale będzie czas na to, by dobrze się poznać. - Kto ma większe szanse na grę w drużynie, młodzi piłkarze, zupełnie jeszcze nie znani, czy starsi, jak choćby Paweł Miąszkiewicz? - Czy Paweł jest starym zawodnikiem? W końcu to ma 28 lat, a dla piłkarza jest to najlepszy wiek, ma doświadczenie, jest ograny. Mogą być pewni, że nie będę ich dzielił na młodych i starych, choć wiadomo, że przed różnymi piłkarzami jest różna przyszłość, ale ja potrafię docenić tych, którzy będą grać dobrze i bardzo dobrze. Nie będzie miało dla mnie znaczenia to, czy ktoś ma 35 lat, ale czy będzie dobry. - Sam Pan już nie zamierza grać? - Nie zgłosiłem siebie jako piłkarza w Polonii i nie zamierzam tego robić w ORLEN-ie. - Co Pan uważa za swój największy życiowy sukces? - Myślę, że przede wszystkim narodziny dzieci, to raz, to że jestem cały czas z tą samą kobietą, to dwa. Także to, że nawet w trudnych chwilach potrafiliśmy być razem. Oczywiście nie mam tu na myśli kryzysu małżeńskiego, ale normalnych problemów, które zdarzają się w każdej rodzinie, zawsze potrafiliśmy się dogadać i to jest naszym wspólnym osiągnięciem. - Ważne tylko osobiste sukcesy, sportowe nie? - Sportowe też są ważne, ale jak bym miał wybierać, jakoś je systematyzować, to osobiste są znacznie ważniejsze. Koniec współpracy z Polonią podobno musiał wcześniej czy później nadejść. Trener twierdzi, że próbował odłożyć tę decyzję, ale nad sprawą opuszczenia Mistrza Polski zastanawiał się już wcześniej. Uważa, że tego nie należy rozpatrywać w kategorii porażek. W końcu to zespół jest na bezpiecznej pozycji, spadek drużynie nie grozi, a po okresie przygotowawczym, być może będzie jednym z kandydatów, jeśli nie do Mistrza Polski, to na pewno do europejskich pucharów. Przyjście do zespołu ORLEN-u, to był swoisty hazard. Trener Wdowczyk powtarzał kilka razy, że miał do wyboru dwie krajowe propozycje pracy, jedną z klubu, który zajmuje bezpieczną pozycję i z ORLEN-u. Wybrał płocką drużynę i dlatego trudno było nie zadać pytania o to, czy jest hazardzistą? – Akurat w tej sytuacji nawet dwa razy ryzykowałem. Porzucając Polonię podjąłem ryzyko, że pozostanę bez pracy, a nie wiadomo było, jak to się wszystko zakończy. Drugi wątek, to jest oferta jaką otrzymałem z innego klubu. To był także klub, któremu spadek nie grozi, o europejskich pucharach też raczej trudno byłoby mówić, środek tabeli, spokojne życie i przygotowanie z myślą o wspinaniu się w tabeli, a nie dołowaniu. Wybrałem ORLEN, dlatego że jest to wyzwanie. Tak jak wiosną walczyliśmy z Polonią w każdym meczu o mistrzostwo Polski, tak samo teraz będziemy walczyć o utrzymanie. A zatem każdy mecz będzie dla nas walką o życie. Na pewno wielu kibiców się zgodzi, że sytuacja w sekcji piłki nożnej nie jest wcale tak tragiczna, jak się staramy to przedstawić. Jest w tym sporo histerii, ale histerii kontrolowanej. Co prawda zespół zajmuje ostatnie miejsce w tabeli, ale strata do środka tabeli wcale nie jest taka duża. Oczywiście zdecydowanie lepiej byłoby zajmować bezpieczne miejsce w tabeli, ale można nastawić się również na inne rozwiązanie. Każdy skok w górę tabeli będzie kibiców cieszyć. Trzeba mieć tylko nadzieję, że drużyna po każdej kolejce będzie się mogła pochwalić zdobywaniem kolejnych punktów. Początkowo trener Dariusz Wdowczyk prowadził drużynę wraz z Jerzym Engelem. Trudno zatem było nie zapytać o to, czyją zasługą jest tytuł Mistrza Polski – Spotykam się dość często z tym pytaniem i właściwie nie wiem, jak na nie odpowiedzieć. Dziennikarze nie chcą zauważyć, że coś zrobiłem sam. Ja potrzebowałem, że razem byliśmy do końca 1999 roku i plony zostały zebrane. Potem był okres przygotowawczy, który już odbyliśmy bez Engela i nasz marsz do tytułu Mistrza Polski, Pucharu Ligi i Superpucharu. Trener Wdowczyk nie chce zdradzać składu super drużyny, z jaka chciałby pracować i nazwisk piłkarzy, o szkoleniu których marzy, a twierdzi, ze najlepiej pracuje się z drużyna, która jest już poukładana. – Najtrudniej jest poukładać drużynę, przekonać piłkarzy, że warto, że opłaca się ciężko pracować na treningach, że chodzi tu nie tylko o materialne korzyści. Moi piłkarze przekonali się, ze szybko stali się popularni, co w takim mieście jak Warszawa jest sporym osiągnięciem. Byli rozpoznawani, choć wcześniej dotyczyło to tylko piłkarzy Legii. W podobny sposób rozmawiałem na pierwszym spotkaniu z piłkarzami ORLEN-u. Ja zawsze starałem się być przyjacielem zawodników, ale tylko pod takim warunkiem, że piłkarze będą się starali ze mną współpracować. Bo jeśli im się nie będzie chciało, to wtedy trudno nam będzie znaleźć wspólny język. Sam trener w Warszawie był osobą popularną i rozpoznawalną i podobnie dzieje się w Płocku. Opowiadał jak, jadąc samochodem zaczęły machać do niego dzieciaki. Jak się okazało, D. Wdowczyk lubi ten element kariery, twierdz, że kibice, którzy go rozpoznają, sprawiają mu dużą przyjemność. Jako jedno z podstawowych zadań zamierza naprawić stosunki z kibicami, chce przyciągnąć znów widzów na stadion. Wie, że najlepiej zrobić to postawą zawodników na boisku. - Myślę, ,że nam wszystkim , a przede wszystkim piłkarzom powinno zależeć na tym by grać i to dobrze. W klubie mają doskonałe warunki, w mieście jest zapotrzebowanie na piłkę. Tak mało ludzi przychodziło na stadion, bo zespół grał coraz słabiej. Wynik jest podstawą zainteresowania kibiców. Niczym innym, ale właśnie postawa możemy razem kibicom udowodnić, ze warto przychodzić na stadion. Tak powinno być od pierwszego sparingu. Dla mnie nie będzie meczów nieważnych. Będę chciał aby w sparingach piłkarze grali tak, jak potem w lidze o punkty. Ja tak samo postępowałem w Polonii. Piłkarze przyzwyczaili się do wygrywania, bo to dodaje pewności, wiary we własne możliwości i umiejętności. Trener Wdowczyk doskonale wie, że w Płocku jest sporo kibiców. Pamięta doskonale pełen stadion widzów podczas spotkania z Panathinaikosem Ateny. Ma ambicje by znów tyle osób przychodziło na stadion i obiecuje, ze w każdym meczu drużyna będzie walczyć o punkty i grać tak, by publiczność nie żałowała spędzonych kilku godzin na trybunach. – Nie chciałbym tu zbyt wiele obiecywać, bo z tego będę potem rozliczany, ale chciałbym doprowadzić do takiej sytuacji, że piłkarze i działacze klubu chodzą po mieście z podniesioną głową i nie będą się wstydzić, że są z ORLEN-u. Mam nadzieję, że o klubie znów będzie można mówić dobrze, a piłka która jest także oczkiem w głowie koncernu naftowego, nie będzie już na końcu tabeli, ale w bezpiecznym, środkowym miejscu. Ale od samej rozmowy na pewno się nie poprawi. Mamy nadzieję naprawić stracony czas i naprawić błędy, które zostały popełnione. Trener Wdowczyk nie ukrywa, że celem postawionym przed nim i jego sztabem szkoleniowym jest utrzymanie w lidze w tym sezonie. Potem będzie kolejne wyzwanie. W czerwcu ma nadzieję na rozmowę z prezesem o ewentualnych wzmocnieniach i wyższym celu. Być może będzie okazja do rozmów na temat europejskich pucharów? Na razie, tuż przed świętami Bożego Narodzenia, mniej myśli o rozpoczynającym się za kilka dni okresie przygotowawczym, a bardziej o rodzinie. – Kiedyś moim marzeniem było zabrać rodzinę nad ciepłe morze. To marzenie udało się spełnić, kiedy wyjechałem na zachód do pracy, wtedy mogłem rodzinie zaproponować taki wyjazd. Dziś marzy mi się to, by lepiej poznać Włochy. Chciałbym odwiedzić Rzym, Wenecję, Padwę, ale bez dzieci, tylko sam z żoną. Można to nawet nazwać powtórną podróżą poślubną. - Czy jest coś takiego czego Pan nie ma i co bardzo trudno byłoby Panu zdobyć? - To jest bardzo trudne pytanie, bo ja raczej nie jestem człowiekiem zazdrosnym. Wszystko co osiągnąłem zawdzięczam sobie, swojemu charakterowi, swoją rzetelnością. Pewnie są takie rzeczy, do których chciałbym jeszcze wrócić, które chciałbym naprawić. - A gdyby nie był Pan trenerem, to kim? - Ja lubię swoją robotę. Cóż może być piękniejszego niż przebywanie wśród młodych ludzi. Sam też jeszcze czuję się młodo, a jeśli dodać do tego, że mogę spędzać dużo czasu na świeżym powietrzu, to nie mogę powiedzieć, że to mnie dodatkowo nie odmładza. A jeśli jeszcze mi za to dobrze płacą, to naprawdę nie ma powodu żeby rezygnować z zawodu trenerskiego. - Jak Pan spędzi święta i powita Nowy Rok? - Na pewno w gronie rodzinnym, tak jak to jest w polskiej tradycji. Z całą moją rodziną odwiedzimy mojego ojca. Moja mama zmarła niedawno i będą to pierwsze święta bez niej. Ale będą bracia z rodzinami. Nad spędzeniem wieczoru sylwestrowego jeszcze się nie zastanawiałem. Pewnie gdzieś razem pójdziemy, ale raczej zostaniemy w Warszawie. Jola Marciniak Fot. D. Ossowski
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze