anal pump

Czy w niebie są radia?

Tak pyta w jednej ze scen filmu Krzysztofa Krauze Nikifor Krynicki swego opiekuna, dobrego anioła stróża, Mariana Włosińskiego. „Są”. „Małe czy duże?”. Takich rozmów jest w filmie więcej. Jak ta, kiedy obaj oglądają album z polskim malarstwem, a Nikifor zbywa uznane dzieła swoim prostym i szczerym „szkoda czasu”. „Bitwę pod Grunwaldem” podsumowuje krótko: „za dużo hałasu”.
Jakże piękny jest „Mój Nikifor” Krzysztofa Krauze. Jakże piękny jest Nikifor Krynicki kreowany przez Krystynę Feldman. Jakże piękny musiał być Nikifor Krynicki, kiedy żył, malował niczym „mała fabryka”, jak wyraża się o nim jego przyjaciel, trzy obrazy, a gdzie tam, obrazki, dziennie, co w ciągu 60 lat pracy dało ilość, jak na artystę, niecodzienną. Ale tak rozumiał i wypełniał swoje powołanie. Włóczył się przy tym po Krynicy ten bezdomny prątkujący gruźlik i astmatyk odpędzany od domu do domu jak pies.
Jakże prosty i zwyczajny jest film Krzysztofa Krauze. Tak zwyczajny i prosty jak zwyczajne i proste musiało być życie krynickiego malarza, człowieka niczyjego, nikomu niepotrzebnego. Ułomny, chuderlawy, zagrzybiony, brudny, po matce prawie niemowa, czasem opryskliwy dla otaczających go ludzi, nawet niebezpieczny z powodu zakaźnej choroby, która zżarła mu płuca. Żebrak, na którego można było, co najwyżej, spojrzeć z obrzydzeniem, dać mu dla świętego spokoju grosik albo spławić, odsuwając się na bezpieczną odległość, odwracając wzrok we właściwą stronę. Obrazkami zaś rozpalić w piecu.
Jakże jednak był bogaty wewnętrznie tym bogactwem, którego źródło znajdował w naturze i w świątyni. W pejzażach miast i miasteczek Nikifora ponad linią dachów, ponad linią horyzontu przeważnie góruje wieża świątyni. Wiedział, że niewiele warte są drogi, które nie prowadzą do świątyni. Jest scena w filmie, w której Nikifor sam jeden zostaje w cerkwi i, stojąc przed Ikonostasem, wpada jakby w mistyczne zachwycenie. Nie tylko patrzy na mieniące się złotem obrazy, ale słyszy też jakąś nieziemską muzykę. Przysuwa się bliżej do świętego miejsca i ucho przykłada niemal do ściany. Nasłuchuje w skupieniu chórów anielskich. Jest szczęśliwy.
Za życia poznał niebo i piekło i dlatego, jak sam mówił, mógł zostać malarzem. Malarzem, który wyprowadzał świat z piekła na ścieżkę wiodącą do nieba. Na drogach Nikifora spotkać można postaci świętych, biskupów, nierzadko jego samego przebranego w liturgiczne szaty. Wiedział, w którą stronę należy iść, aby dotrzeć do celu. A jego droga nie była łatwa. Jeden tylko znalazł się człowiek, który nie kopnął go jak kulawego psa, ale przygarnął, wykąpał, odział w czyste ubranie, nakarmił, dał kąt do mieszkania, odwiedzał w szpitalu. Ten cud dobroci, jaką okazał sponiewieranemu przez życie Nikiforowi w ostatnich latach jego życia Włosiński, wydaje się niepojęty, jakby nieziemski, po ludzku niezrozumiały, jakby z jakiejś odległej planety. A przecież wydarzył się tuż obok i to on właśnie stanowi najgłębsze odkrycie filmu Krzysztofa Krauze. Odkrycie tak potrzebne dziś, kiedy poprzewracały nam się do góry nogami wszelkie hierarchie i godzimy się coraz bardziej, by drogi do świątyni zarastały chwastami. Ten film objawia na nowo, że istnieje inny porządek rzeczy, który odkrył dla nas naiwny, jak go nazwano, malarz z Krynicy. Jeśli bliżej mu się przyjrzeć, to okaże się, że nie był on wcale taki naiwny.
Co do radia zaś, czy je znalazł w niebie, nie wiadomo. Wiadomo natomiast, że na nowo przetarł szlak we właściwym kierunku. Czy ktoś jednak zechce za nim pójść? Ilość wolnych miejsc na widowni podczas projekcji „Nikifora” wskazuje, że gotowych nie jest zbyt wielu.

Wiesław Kopeć

Zobacz kolejny artykuł

Rektor PWSZ w Płocku stawia ultimatum

Rektor Państwowej Wyższej Szkoły Zawodowej w Płocku prof. Maciej Słodki poprosił prorektorów uczelni o rezygnację …