Nocne poszukiwania wśród lasów i jezior: Tajemnica warszawianki

Przez kilka godzin policjanci z Płocka, Gąbina i Gostynina poszukiwali 47-letniej mieszkanki Warszawy, która zgubiła się na Pojezierzu Gostynińskim. Na szczęście przemoczoną i przemarzniętą kobietę udało się uratować. Teraz policjanci muszą jeszcze wyjaśnić, jak doszło do tego, że przez pół nocy błąkała się po lasach.
Noc z 11 na 12 lutego była wyjątkowo nerwowa dla policjantów z Płocka, Gąbina i Gostynina. Na nogi postawiła ich 47-letnia warszawianka, która poinformowała, że zagubiła się gdzieś na Pojezierzu Gostynińskim.
– Pierwszy raz zatelefonowała do mnie o godzinie 23.40. Powiedziała, że jest z Warszawy, przyjechała do znajomych w Gostyninie, ale została gdzieś wywieziona. Pomieszczenie, w którym miała przebywać było ciemne i nie miała pojęcia, gdzie się znajduje – relacjonuje dyżurny płockiej policji asp. sztab. Jacek Gackowski. Kobieta powiedziała, że samochodem jechała około dwudziestu minut. Dlatego na nogi postawiono policjantów z Gąbina i Gostynina.
– Koledzy z Komendy Powiatowej Policji w Gostyninie od razu pojechali pod wskazany przez warszawiankę adres jej koleżanki. Tam od mieszkańców usłyszeli, że owszem mieli gościa, ale kobieta sama odjechała, bo przyjechało po nią jakieś auto – mówi Jacek Gackowski.
Do poszukiwania zaginionej policjanci użyli lokalizatora aparatów komórkowych. Urządzenie pokazało, że telefon jest gdzieś pomiędzy Gorzewem a Łąckiem. Na przemian do kobiety dzwonili dyżurni z Płocka, Gąbina i Gostynina. Prosili ją o opisanie miejsca, w którym się znajduje. Policjanci ustalili, że z całą pewnością jest na otwartej przestrzeni.
– Dość nerwowo wykrzykiwała do słuchawki, że kompletnie nic nie widzi. Kiedy za którymś razem oznajmiła, ze dotarła do jakiegoś płotu, kazałem jej iść wzdłuż tego ogrodzenia, licząc na to, że dotrze do jakiejś bramy czy furtki. Ale ona chyba tylko chodziła w tę i z powrotem – dodaje Jacek Gackowski.
Policyjne patrole krążyły po Pojezierzu Gostynińskim. Przypominało to szukanie igły w stogu siana. Było ciemno, wokół lasy i jeziora. W końcu przy kolejnej rozmowie dyżurny płockiej policji usłyszał w tle szczekanie psów.
– Odetchnąłem – przyznaje dyżurny Gackowski. – Powiedziałem jej, że w pobliżu musi być jakieś gospodarstwo, więc niech kieruje się w stronę tego szczekania.
To była dobra decyzja. Kobieta dotarła do gospodarstwa. Gdy oddała telefon jego właścicielowi, mężczyzna potwierdził, że trafiła do Łącka. Była prawie godzina 3.00. Natychmiast na miejsce pojechali policjanci.
– Kobieta była wyczerpana. Gdzieś po drodze wpadła do wody, może był to jakiś przerębel. Była zziębnięta, ledwo mogła mówić. Ale też wyraźnie czuć było od niej alkohol. Przyznała, że wcześniej piła – kończy Jacek Gackowski.
Pogotowie ratunkowe zabrało kobietę do szpitala. Policjanci wciąż nie wiedzą, dlaczego warszawianka błąkała się wśród lasów i jezior. Wprawdzie mundurowi poszli jej śladami, ale wersja o zamknięciu jej w jakimś pomieszczeniu do tej pory nie znalazła potwierdzenia.    (jac)

Zobacz kolejny artykuł

Dzień Matki wśród gwiazd

26 maja o godzinie 19.00 w Teatrze Dramatycznym w Płocku będzie miał miejsce wyjątkowy koncert …