Sprawiedliwi z Doliny Będkowskiej

Ta historia ma początek w Płocku. Janina Landsberg Śmieciuszewska, podkomendna Marceliny Rościszewskiej i syn przełożonej „Reginek” (żeńskiego ginazjum im. Reginy Żółkiewskiej) ułan Lech spotykają się w 1920 roku, w czasie obrony miasta przed bolszewikami. Potem ich drogi na krótko się rozchodzą, bo Lech rozpoczyna studia na SGGW. 18 października 1924 roku para staje na ślubnym kobiercu. Młodzi małżonkowie osiedlają się w majątku Smardzewo. Tam rodzi się ich syn Lech Michał. Wkrótce przenoszą się do Kielc, gdzie inżynier Lech Rościszewski jest inspektorem izby rolniczej. Później zamieszkują w Krakowie. Lech organizuje uniwersytety ludowe, Janina uczy. Podczas jednej ze służbowych podróży Lech trafia do pięknej Doliny Będkowskiej. Zauroczony krajobrazem postanawia wznieść tam swój dom nazwany „Szańcem”. – Wtedy sławna była książka „Dolina Księżyca” Londona. Podczas takiej romantycznej nocy księżycowej ojciec pierwszy raz znalazł się w Dolinie. Tak przynajmniej twierdził – mówił w Muzeum Żydów Mazowieckich prof. Lech Michał Rościszewski. Razem z siostrą dr n. med. Janiną Rościszewską-Krawczyk byli bohaterami kolejnego spotkania z cyklu „Choćby jedno życie. Choćby kromka chleba. Polacy ratujący Żydów od zagłady”. Rozmowę z krakowskimi gośćmi, którzy wspólnie z rodzicami zostali uhonorowani tytułem „Sprawiedliwi wśród narodów świata”, poprowadziła kierownik Działu Historii Muzeum Mazowieckiego, Barbara Rydzewska.
Gdy wybuchła wojna Lech Michał Rościszewski miał 14 lat. – Pamiętam bardzo słoneczny, piękny ranek, kiedy nad doliną przeleciał sznur niemieckich bombowców, które ruszyły na Kraków. Po krótkim czasie zawróciły, atakowane z boku przez jeden polski myśliwiec. Niestety bezskutecznie – opowiadał. Spłoszeni bombardowaniami uciekinierzy wybierali boczne drogi. Jadące kolumnami niemieckie wojsko na szczęście wolało te główne. – Niemcy dość szybko dotarli do Krakowa, ale do oddalonej o ponad dwadzieścia kilometrów Doliny prawie nie zaglądali. Ich żandarmeria mieściła się w Zabierzowie i tam rozpoczęła się akcja wysiedleńcza. Jako pierwszy został pozbawiony domu miejscowy lekarz pochodzenia żydowskiego, który nazywał się Bierzyński. Nasze rodziny się znały. Z chwilą, gdy Niemcy zaczęli żądać noszenia opasek, Bierzyńscy woleli usunąć się z ruchliwego miasteczka. Byli pierwszymi, którzy poprosili o mieszkanie w naszym domu – wspominał Rościszewski.
Duży dom, choć pozbawiony kanalizacji i prądu, był całkiem wygodny. Liczył prawie 20 pokoi. By podreperować budżet, część pomieszczeń wynajmowano letnikom. – Administracja niemiecka wyrzucała z Krakowa wszystkich, którzy mieli mieszkania w dobrych punktach, niekoniecznie na biednym Kazimierzu – opowiadała Janina Rościszewska-Krawczyk. Nic dziwnego, że „Szaniec” wkrótce zapełnił się kolejnymi uciekinierami. W domu Rościszewskich zamieszkali: mały Paweł Wagner z mamą, dwóch braci Eichhorn, pani Berggruen z córkami (jedna nazywała się Reder), dwie panie Schreiberg, Zofia Schenberg (Dukat) z kilkuletnią córką Ewą. – Rodzice uważali, że dopóki wszyscy się mieścimy, nasze drzwi dla każdego potrzebującego są otwarte – podkreślała.
Groza okupacji narastała powoli. W pierwszej fazie wysiedleń Żydzi mogli zabierać z mieszkań niektóre rzeczy. Dostawali parę godzin na spakowanie się. – Na początku Niemcy nie stali im nad głową, nie kontrolowali. Kilka rodzin zajechało do nas furmankami. Wszyscy byli oficjalnie wymeldowani z Krakowa, a potem dostali meldunek u sołtysa w Będkowicach. Mieszkali u nas też Polacy, którzy się ukrywali przed aresztowaniem. Prowadziliśmy osobne gospodarstwa. Nasi goście chodzili na zakupy do wsi. Okoliczna ludność była świetnie zorientowana, kim są – wspominała Janina Rościszewska-Krawczyk. – Antysemityzmu na naszym terenie po prostu nie było – podkreślał Lech Michał Rościszewski. – Aż do niespodziewanego najazdu żandarmerii na dom, młodzież żydowska i nie żydowska doskonale razem funkcjonowała.
Niepisana umowa z miejscową ludnością i sołtysem dawała lokatorom Rościszewskich czas na ucieczkę. Zawsze ktoś zdążył ich ostrzec. Dopóki Niemcy „meldowali” się najpierw w sołectwie, system działał dobrze. – Myśmy podlegali gminie Wielka Wieś. Kiedyś Niemcy ominęli sołtysa i ruszyli prosto do nas. To była letnia niedziela 1941 roku. Nie wiedzieliśmy, po co przyjechali. Czy szukają konspiratorów, czy wywożą na roboty? Pan Bierzyński porwał syna i córkę do lasu, zdążyli uciec. Niektóre panie zostały, m.in. Wagnerowa z synem Pawłem. Nie ruszył się też jeden z braci Eichhorn, który uważał, że ponieważ posiada wysokie niemieckie odznaczenie, jest bezpieczny – opowiadała Janina Rościszewska-Krawczyk. Niemcy starannie przeszukali pokoje. Zabrali wszystko, a ludzi, w tym matkę Pawła, aresztowali. Po latach okazało się, że nie wywieźli ich daleko. Zostali zamordowani w okolicach Krzeszowic i pochowani w zbiorowym grobie. – Żołnierze odjechali dopiero po południu, około trzeciej czy czwartej. Zapowiedzieli, że przyjadą po resztę, chociaż mama zapewniała, że wszyscy dawno się wyprowadzili. Odbyła się taka krótka narada. Bierzyński zdecydował, że ruszy dalej, bo już nie czuje się bezpiecznie. Razem z Marysią i Janem przeżył wojnę. W „Szańcu” został Paweł Wagner – wspomina.

Lena Szatkowska
fot. Marta Kunavar

Zobacz kolejny artykuł

Śnięte ryby w Starym Kamieniu

Czytelniczka zaalarmowała nas o śmierdzącym problemie mieszkańców miejscowości Stary Kamień (gm. Gąbin). W pobliskim stawie …

Wysokość 3,4 metra, waga 8 ton: posąg trafi do Płocka

Neptun z Gostynina To może być jego opus magnum, choć z pewnością nie ostatnie. Gostyniński …