Pogorzelcy z Białobrzegów

Ogromnej tragedii, jaka dotknęła tę rodzinę, nie da się opisać słowami. Ogień pojawił się w nocy. To cud, że nikomu nic się nie stało. Kiedy przyszedł świt, ich oczom ukazał się ogrom zniszczeń. Płomienie pochłonęły całą drewnianą część domu. Część murowaną udało się uratować, ale pożar strawił dach. Na pomoc ruszyli mieszkańcy oraz władze gminy. Wiele udało się już zrobić, ale to kropla w morzu potrzeb.

Wieś Białobrzegi (gm. Bodzanów) to spokojna miejscowość leżąca nad Wisłą. Właśnie tam po II wojnie światowej osiedlili się rodzice Donaty Budek oraz Dariusza Kacprzaka. Drewniany dom zbudowano w latach 50. XX w. Z czasem pani Donata wraz z mężem dobudowali do niego część murowaną połączoną z drewnianym domem korytarzem oraz kotłownią. W pożarze, który wybuchł nocą 21 lutego, doszczętnie spłonęła drewniana cześć budynku. Znajdowali się tam brat pani Donaty oraz jej syn Krzysztof. To właśnie ich obudziły dziwne huki.

Była 1:35…
Pan Dariusz dokładnie pamięta każdą minutę tej okropnej nocy. – Usłyszeliśmy z siostrzeńcem dziwne huki, to nas wyrwało ze snu. Później okazało się, że był to pękający eternit, ale wtedy nie miałem o tym pojęcia. Wyszedłem na korytarz, który łączył dwie części domu i zobaczyłem tam płomienie. Pożar był już zaawansowany. Pobiegłem obudzić siostrę i szwagra. Chciałem wziąć buty, ale z sufitu zaczęło spadać płonące drewno… – wspomina pan Dariusz. Dzięki czujności wszystkim domownikom udało się wyjść cało z płonącego budynku, nikomu nic się nie stało.
Pani Donacie ciężko mówić o pożarze. – Pierwsze dwie doby były tragiczne. Zastanawiałam się, dlaczego przeżyliśmy i musimy na to wszystko patrzeć… Ale widocznie tak miało być, ktoś nad nami czuwał – mówi.
Pan Dariusz oraz jego siostrzeniec Krzysztof mieszkali w drewnianej części domu, po której nie został nawet ślad. Wszystko zabrały płomienie. Nie było czasu na ratowanie dobytku, trzeba było ratować życie i uciekać z piekielnej pułapki. Dom palił się jak pochodnia. – Wyszedłem tak, jak stałem. W pożarze straciłem wszystko – żaden dokument ani inna rzecz, która znajdowała się w środku nie ocalała. Ogień pochłonął cały mój dobytek. Zdążyłem jedynie zabrać kurtkę. Kiedyś, ze względu na położenie, żniwo zbierała woda. Teraz dosięgnął nas ogień – mówi pan Dariusz.
Kłopoty z dotarciem na miejsce miała straż pożarna. Jako pierwsi na podwórku pojawili się policjanci. – Policjanci pokierowali strażaków. Dopiero od kilku miesięcy mamy nadane nazwy ulic. Strażacy byli tym zdezorientowani – mówi pani Donata.
Pożar gasiły dwa zastępy z Jednostki Ratowniczo-Gaśniczej nr 3 w Płocku oraz strażacy ochotnicy z OSP Słupno, OSP Kanigowo oraz OSP Białobrzegi.

Eliza Kinalska
fot. D. Ossowski

Zobacz kolejny artykuł

Programować może każdy

Otaczający nas świat bardzo szybko się rozwija, a różne komputerowe technologie już od dłuższego czasu …