Mam nadzieję, że czytelnicy pokochają Zuzę Lewandowską

Z Jackiem Ostrowskim, płocczaninem, autorem kryminału „Paragraf 148”,
który będzie miał światową premierę 19 września, rozmawia Jola Marciniak

– Za kilka dni do księgarni w całym kraju trafi nowy kryminał „Paragraf 148”. Co powinniśmy wiedzieć o jego autorze?
– Płocczanin z dziada, pradziada, który w 1982 roku napisał pierwszą powieść. Niestety nie znalazła ona uznania u ówczesnych wydawców. Zresztą, w tamtych czasach było zaledwie kilku wydawców i trafić do druku, to było nie lada osiągnięcie. Mnie się nie udało. To była „Planeta Modliszek”. Książka nigdy się nie ukazała. Dziś mogę powiedzieć, że faktycznie dobrze się stało. Miałem ciekawy pomysł, ale książka kulała warsztatowo. Gdyby wtedy recenzent pokierował mną, podpowiedział, jak poprawić tekst, to pewnie moje życie ułożyłoby się inaczej. On jednak nie pozostawił na moim dziele suchej nitki. Na jakiś czas odpuściłem pisanie. Wróciłem do pisania opowiadań, ale dopiero po wielu latach. Upychałem je po szufladach biurka.
– Co było impulsem?
– Pisanie wymaga dużo czasu. Na ten luksus mogłem sobie pozwolić dopiero wtedy, kiedy dorosła moja córka. Bo samo pisanie to jedno, a kształtowanie języka, szlifowanie warsztatu to drugie. Wszystko razem pochłania masę czasu. Wydaje mi się, że każda moja następna książka jest lepsza od poprzedniej i to mnie cieszy. Ale i wymaga dużo pracy, trzeba pisać i jeszcze raz pisać. Średnio moja jedna powieść liczy około pół miliona znaków, mówię tu o wersji finalnej. Oczywiście więcej trzeba wystukać, bo potem dochodzą zmiany, więc będzie to około 700 tys. znaków. Wciąż staram się rozwijać i chyba mi się to udaje, czego dowodem jest wciąż poszerzające się grono czytelników.
– Gdy po latach zdecydowałeś się znów wysłać książkę do wydawcy, nie obawiałeś się, że może ona powtórzyć ten sam los, co „Planeta Modliszek”?
– Pierwsze powieści wysyłałem do wszystkich istniejących wówczas wydawnictw, licząc, że gdzieś się spodobają. I oczywiście znowu miałem masę odmów, walczyłem około dwóch lat. Pisałem, a oni odmawiali. Wyrzucali mnie drzwiami, wchodziłem oknami. Powtarzałem sobie, że im więcej trudu, tym sukces lepiej smakuje. Dziś mogę powiedzieć, że warto było, bo wydaję w poważnych wydawnictwach, między innymi w Bellonie, w wydawnictwie Od Deski do Deski, a ostatnio w Skarpie Warszawskiej. Pojawiły się też sukcesy jak choćby nominacja „Ostatniej wizyty” w plebiscycie na najlepszą książkę uznanego portalu Lubimyczytać. pl, nominacja „Złoty Pocisk 2017”. Trudno nie wspomnieć o świetnych recenzjach, wywiadach dla Times’a, Onet. pl, telewizji ogólnopolskich, rozgłośni radiowych oraz sukcesie sprzedażowym tej powieści.
– Fabuła jest związana z Płockiem, a opowiada o zaginięciu lekarki. Sprawa do dziś nie jest wyjaśniona.
– Tak i muszę przyznać, że książka była inaczej odbierana w Płocku, a zupełnie inaczej w całym kraju.

J. Marciniak
fot. D. Ossowski

Zobacz kolejny artykuł

Pszenna, Żytnia, Zakątek walczą o drogę do domu

Mało kto wie, że najdynamiczniej rozwijającym się aktualnie osiedlem mieszkaniowym jest część osiedla Wyszogrodzka, w …

W maju na jednej z posesji wylano czarną maź

Pewnego letniego dnia, w niewielkiej wsi Bromierz w gminie Staroźreby, mieszkańcy poczuli dotkliwy smród. Nie …