Słodki przepis na szczęście

Zaczynam od wizyty w informacji turystycznej na placu Tartiniego. Biorę plan miasta, foldery, reklamy wydarzeń kulturalnych. Sympatyczny pan wręcza mi jeszcze wczorajsze wydanie „Dziennika”. Siadam na kamiennej ławce i przeglądam gazetę. Zauważam fotografię ze znajomą opaską powstańczą Armii Krajowej na rękawie starszego mężczyzny. Zdjęcie podpisano: Evropa/Varšavska vstaja. Kto by pomyślał, że sierpień 1944 dogoni mnie nawet w urokliwym zakątku słoweńskiego wybrzeża – w Piranie.
Na zwiedzanie Słowenii miałam kilka dni. Znajomy, który często wybiera all inclusive, polecał Portorož z drogimi hotelami i eleganckimi butikami. Ale ja takich przewidywalnych podróży nie lubię. Wolę, gdy mnie coś zaskoczy, nawet, kiedy nie można zasnąć z powodu toczących się pod oknem rodzinnych dyskusji. Tak właśnie było w przyzwoitym hostelu, położonym dwa kroki od morza. O północy ucichły dywagacje na temat pokrewieństwa ciotki i dalekiego kuzyna. Kelnerzy sprzątnęli stoliki, w domach zatrzasnęły się kolorowe drewniane okiennice. Cisza potrwała do szóstej. Wtedy vespy i rowery ruszyły do pracy. W mieście zaczął się zwykły ruch. Wąskie uliczki wypełnili śmieciarze i właściciele sklepików. Na targ wjechały świeże ryby i owoce. Pierwszymi klientami byli miejscowi. Turyści jeszcze spali.
Lena Szatkowska
fot. Marta A. Kunavar

Zobacz kolejny artykuł

Nie omijaj Zagrzebia

Jedno z najładniejszych europejskich miast choć jest wielotysięczną metropolią, sprawia wrażenie kameralnego i przyjaznego. Główne …