Śladem konfederacji barskiej i ojców reformatów

Dni są obecnie bardzo długie. To dobry moment, aby zaprosić Czytelników do dalszej wspólnej wędrówki po Płocku. Naszą podróż zaczniemy od miejsca naszego ostatniego rozstania, czyli od murów Teatru Dramatycznego. Idziemy nadal ulicą Królewiecką, po drodze mijając stare kamieniczki. Mimo że na niektórych z nich widać upływający czas i zaniedbania współczesnych właścicieli, myślę, że warto im się przyglądać dokładnie. Zauważymy pozostałości po pięknym zdobionym balkonie, w kolejnej możemy zajrzeć na podwórko, w którym czas wygląda jakby się zatrzymał w XIX wieku. Tu też pod numerem 2 znajdziemy budynek po starej sięgającej 1885 roku odlewni będącej kiedyś częścią Fabryki Maszyn Żniwnych. Gdy skręcimy z Królewieckiej w Bielską, po przejściu paru metrów możemy podziwiać fantastyczny front kamieniczki w kształcie blanek zamkowych, świadczący o ambicjach dawnych właścicieli. W pobliżu, na rogu ulic Bielskiej i Jachowicza możemy oglądać architekturę poprzemysłową dawnego młyna, właściciel którego najwyraźniej nie ma pomysłu, jak go wykorzystać… A my wracamy na ulicę Królewiecką, która oferuje nam nie tylko doznania estetyczne. W trakcie spaceru, jeśli poczujemy się zmęczeni, możemy odpocząć w dość licznych barach, kupić dobrą książkę w księgarni, zjeść pachnąca bułkę w piekarni. I powspominać o dawnym Płocku i to nie tylko tym historycznym, zamierzchłym, ale tym bliższym, który większość z czytelników pamięta. Mój kolega Adam, który mieszka tu „od zawsze”, z sentymentem przypomniał sobie, gdy szliśmy po chodniku, że niedaleko od miejsca naszego spaceru na rogu ulicy Kwiatka i Bielskiej znajdował się bardzo popularny swego czasu sklep Złoty Róg, w którym spotykali się wielbiciele Bachusa.
Gdy tak wędrujemy, przechodzimy w ulicę Ostatnią i na jej końcu możemy podziwiać wysokie, błyszczace w świetle słońca białe mury kościoła z wieżyczką (sygnaturką) na szczycie. Świątynia pod wezwaniem św. Jana Chrzciciela  przypomina zamek otoczony szańcami, o które rozbijają się zastępy wroga. Początki kościoła w tym miejscu dawniej zwanym Krasna Wola sięgają 1753 roku, gdy miecznikowa Maria Lasocka podarowała ziemie należące wcześniej do rodu Krasińskich zakonowi reformatów. Niestety, jak podają dawne księgi, na skutek protestów zakonów żebraczych: płockich dominikanów, franciszkanów z Wyszogrodu i bernardynów ze Skępego dopiero dwa lata później podczas uroczystej procesji z udziałem duchowieństwa i świeckich ustawiono krzyż w miejscu przyszłej świątyni. Rok później poświęcono drewniany kościół, który przyciągał tłumy wiernych. W 1771 r. konsekrowano jednonawową, późnobarokową świątynię z figurami Piotra i Pawła w niszach fasady. Dziedziniec przed kościołem otaczał mur, w którym znajdowały się kapliczki ze stacjami drogi krzyżowej, istniejący jeszcze w okresie międzywojennym. Jednak już w 1805 r. za udział w konfederacji barskiej władze pruskie zamieniły klasztor na szpital, wkrótce budynki zajęli Francuzi, a w 1811 r. wojska księcia Radziwiłła. Potem przez dwa lata zakonnicy mieszkali razem z więźniami.
Warto wspomnieć tu kilka słów o konfederacji barskiej. W dniu 29 lutego 1768 roku w małym miasteczku Bar zawiązała się konfederacja w obronie wolności i wiary, na czele z marszałkiem koronnym Jerzym Mniszechem, Józefem Pułaskim i biskupem Adamem Krasińskim. Początkowo był to ruch religijny, natomiast z biegiem czasu przekształcił się także w zbrojne wystąpienie szlachty przeciwko królowi i Rosji. W uniwersale konfederaci pisali: „My, prawowierni chrześcijanie, katolicy rzymscy, naród polski, wierni Bogu i Kościołowi, wolnym królom i kochanej ojczyźnie, uważając koniec nieszczęśliwych i strasznych środków, gwałtownie przeciwko wszelkiemu prawu uczynionych, nieomylnie wynikający a przynoszący niemylne nadwątlenie i prawie powszechną zgubę na wiarę świętą katolicką rzymską. Widząc oziębłość w duchowieństwie wyższym, a w głowach większych świeckich obojętność, tudzież w obywatelach bezwstydną bojaźń i pomieszanie, a co najnieszczęśliwsza, że żadnej dotkliwości nie czując, nachylają swe niegdyś niezwyczajne głowy wolnego narodu pod jarzmo niewolnicze syzmatyków, lutrów i kalwinów, […]. Czyńmy więc w Imię Trójcy przenajświętszej Boga, Ojca, Syna i Ducha Św. to sprzysiężenie osobiste i powszechne”. W październiku 1770 roku konfederaci ogłosili akt detronizacji króla, Stanisława Poniatowskiego. „Wzywamy was, współbracia i przezacni obywatele […]. Złóżcie tę szkodliwą dotąd z nieprzewidzianych pobudek bezczynność waszą, ocućcie dziedziczną przodków waszych gorliwość, męstwo i rezolucją, łączcie wspólny oręż, podnieście ramię, w krwi deklarowanego przyjaciela Moskwy, a kraju nieprzyjaciela i tyrana, Stanisława Poniatowskiego zmyjcie hańbę i obelgę narodu” – głosił dokument autorstwa Ignacego Bohusza, sekretarza generalnego konfederacji. W 1771 roku konfederaci w akcie desperacji porwali króla – niektóre źródła twierdzą, że król ich sam sprowokował, odsyłając gwardię przyboczną. Czyn ten spowodował, że porywacze i ich sprawa skompromitowali się w oczach sojuszników: Turcji i Francji. Zakończył się on całkowitą klęską ich zamierzeń. Trzeba pamiętać, że rok 1789, w którym w czasie rewolucji francuskiej porwano i zgilotynowano króla Ludwika XVI i powszechne stało się ludobójstwo dokonywane na ludności Wandei we Francji, miał dopiero nadejść, a porwanie króla przez konfederatów w tym czasie było czynem zbrodniczym.
Jak w całej naszej historii i tu ocena konfederacji jest niejednoznaczna. Znany publicysta Stanisław Cat-Mackiewicz pisał: „Konfederacja barska przez straszne pięć lat znęcała się nad Polską, paraliżowała jakąkolwiek działalność państwową, sądową, administracyjną, skarbową, oświatową, zrobiła z Polski pustynię woli, uniemożliwiła jej wzięcie udziału w jakiejkolwiek polityce międzynarodowej, wreszcie zachęciła sąsiadów do pierwszego rozbioru Polski”. Inni widzą w niej konfederację, która występowała pod hasłami obrony wiary i wolności, zwróconą przeciwko reformom proponowanym przez obóz zwolenników króla i, co ważne, panoszącej się w kraju carycy Katarzyny, której zwolennikiem był król Stanisław Poniatowski.
Po tej krótkiej dygresji wrócę do naszej wizyty w kościele pw. św. Jana Chrzciciela do środka wchodzimy boczną żelazną furtą i ogarnia nas miły chłód. Już przy wejściu możemy podziwiać piękna figurę Chrystusa wiszącego na krzyżu. Po krótkiej kontemplacji rzeźby wchodzimy do głównej nawy i zastygamy w podziwie. Białe ściany w niezwykły sposób kontrastują z miękkimi brązami barokowego ołtarza, ołtarzy bocznych i konfesjonałami. Ozdobne złocenia, ramy licznych obrazów, i drewniany krzyż z ukrzyżowanym Jezusem Chrystusem w wspaniały sposób uzupełniają się nawzajem, tworząc obraz i nastrój, który uspokaja i zachęca do modlitwy i kontemplacji. W trakcie zwiedzania świątyni możemy podziwiać obrazy namalowane m.in. przez Władysława Drapiewskiego. Obok takich sław jak Matejko, Wyspiański czy Mehoffer malarstwo religijne w kościołach było tworzone przez wielu innych malarzy często dziś zapomnianych i do nich zaliczał się do niedawna także Drapiewski. Jest on autorem bardzo dużej liczby obrazów – szacuje się, że swoje dzieła namalował w około 122 kościołach. W dowód zasług w 1958 r. malarz został odznaczony przez papieża Piusa XII krzyżem komandorskim św. Grzegorza. Malował w stylu estetyzmu historycznego, który poszukiwał w sztuce tego, co zawsze piękne, starał się odkrywać piękno w dziełach historycznych z innego punktu widzenia. Niestety, zmieniająca się moda w malarstwie spowodowała pod koniec XIX wieku coraz większą krytykę w stosunku do estetyzmu historycznego. W efekcie przez długie lata dzieła Władysława Drapiewskiego uznawane były za synonim złego smaku i określane mianem „drapiewszczyzny”.
Myślę, że warto wspomnieć, że jego obrazy zostały odkryte w Płocku w 2012 roku podczas remontu liceum imienia Marszałka Stanisława Małachowskiego. Znajdują się one na ścianach najstarszej części szkoły – w średniowiecznej kolegiacie św. Michała, która pełniła po II wojnie światowej funkcję szkolnej auli, a na przełomie XIX i XX wieku była szkolną kaplicą. Pod koniec lat 70. na polecenie ówczesnych władz, które nie zgadzały się, by malowidła o tematyce religijnej znajdowały się w świeckiej szkole, zostały one zatynkowanie prawdopodobnie przez junaków z OHP.
Przy bocznym wejściu do świątyni warto przeczytać piękne epitafium wmurowane w mury kościoła, jakie osierocona córka, matka i żona Helena Chamska wystawiła swoim najbliższym w 1860 roku.
Gdy już wyjdziemy z kościoła, zauważymy, że naprzeciwko głównego wyjścia znajduje się popiersie bardzo zasłużonego dla Płocka i kraju biskupa Nowowiejskiego. Warto zatrzymać się w tym miejscu, spojrzeć jeszcze raz na białą fasadę kościoła i wspomnieć niezwykłego biskupa, któremu miasto zawdzięcza dzieło nie do przecenienia, czyli monografię historyczną Płocka.
Tekst i fot. Piotr Michalik

Zobacz kolejny artykuł

Nie omijaj Zagrzebia

Jedno z najładniejszych europejskich miast choć jest wielotysięczną metropolią, sprawia wrażenie kameralnego i przyjaznego. Główne …

Jeden komentarz

  1. Trochę chaotyczny ten spacer po Płocku. Najpierw ul. Królewiecka, potem Bielska, znów Królewiecka, “Złoty Róg” i ulica Ostatnia. No i te bary na ul. Królewieckiej, w których można przysiąść i odpocząć i księgarnie. Po takiej “zachęcie” nie mam ochoty oglądać tych “atrakcji”. Pisząc coś, co ma zachęcić ludzi do zwiedzania, trochę trzeba się przyłożyć