Nie ma piranii w Piranie

Do Piranu wracam każdego roku latem albo jesienią. Jest to jedno z tych miast, w których można się zakochać. Perełka słoweńskiego wybrzeża zachowała dawny klimat. Nadal można dotrzeć do morza wąskimi uliczkami, dotknąć murów z XV wieku, a rano – kupić świeże ryby. Wieczornym spacerom po nabrzeżu towarzyszy intensywny zapach wody, nagrzanych kamieni i owoców morza.
Piran można „zwiedzić” w kilka godzin. Wystarczy przejść się wszerz i wzdłuż. Uliczki same doprowadzą nas albo na biały plac Tartiniego (Tartinijev trg), albo do kościoła św. Jerzego (cerkev sv. Jurija). W zależności od tego, skąd przybywamy możemy spacerować w górę lub w dół. Ci, którzy zdecydują się wjechać do miasta i zostawić samochód na parkingu lub w uliczce (co bywa trudne) zaczną zwiedzanie „od środka”. Po zapłaceniu za parking zaczynamy spacer wzdłuż portu, mijając liczne sklepiki z pamiątkami – aż po kilku minutach trafimy na plac Tartiniego. O wiele ciekawiej jest rozpocząć na górze, ale wszystko zależy od tego, którą drogą wjeżdżamy do miasta. Ta najbardziej popularna poprowadzi przez rondo, potem obok dużego płatnego parkingu po lewej stronie, aż do wjazdu w porcie, czyli w zasadzie prawie do „centrum”, gdzie zatrzymują się też autobusy. Kiedyś pokusiłam się o wyprawę tym właśnie środkiem komunikacji na trasie Izola–Piran. Było całkiem przyjemnie. Zobaczyłam jeszcze klika nadmorskich miejscowości turystycznych (Lucija, Portoroż). Natomiast pociągi dojeżdżają do Kopra – miasta z ogromnym portem, z którego do Piranu dostaniemy się autobusem. Nie zjeżdżając do miasta, można zaryzykować zostawienie samochodu w dowolnym miejscu, oczywiście w granicach rozsądku, z uwzględnieniem prywatnych posesji. Droga wiedzie od Fiesy. W czasie letnich weekendów policjanci nie są aż tak bardzo surowi, bo wiadomo, że do Piranu i przyległych miejscowości Słoweńcy wyjeżdżają wtedy ochoczo i w ogromnej liczbie, dostarczając wszystkim uczestnikom ruchu, zwłaszcza w niedzielne wieczory, przyjemności tkwienia w korkach. Nie znaczy to jednak, że złe parkowanie będzie promowane. Mandaty w Słowenii są znacznie wyższe niż w Polsce. Dużo domów, nawet te z pozoru wyglądające na opuszczone, wita nas tabliczką z napisem: „ne parkiraj” albo „no parking”. Lepiej nie ryzykować, że właściciele się zjawią.
Jeśli uda nam się zostawić samochód na jakiejś bocznej drodze, możemy dojść do miasta wybrzeżem, schodząc ze wzgórza, albo pójść prosto asfaltem. Gdy po kilkunastu minutach dojdziemy do miasta, zaczniemy bardzo przyjemny spacer, mijając kościół św. Jerzego. W kościele pochodzącym z XII wieku warto zobaczyć stare organy. Instrument ma ciekawą historię. Jak informują przewodniki, niestety nie udało się go zachować w stanie pierwotnym. Zbudowane w XVIII wieku przez franciszkanina Petara Nakića z Dalmacji w czasie I wojny światowej zostały uszkodzone. Największe piszczałki zabrano i przetopiono w fabryce broni. Bardzo ciekawa jest dzwonnica – mała kopia dzwonnicy św. Marka w Wenecji, dobudowana do kościoła w czasie, gdy Piran pozostawał pod wpływem republiki weneckiej. Skarby znajdują się też w chrzcielnicy (to też oddzielny budynek). Zachował się tam krucyfiks z gotycką rzeźbą Chrystusa z 1370 roku. Poza tym sprzed kościoła roztacza się przepiękny widok na morze, a z drugiej strony na miasto. Tartinijev trg okolony czerwonymi dachówkami domów i błękitnym Adriatykiem – fantazja!

Czekolada z kwiatem soli

I tak można iść od kościoła, gubiąc się w dowolnych uliczkach. Spotykając po drodze innych zagubionych turystów i wylegujące się… koty. Największy koci okaz spotkałam tego lata – pół dnia nie ruszał się z miejsca, które – jak się okazało – bardzo starannie wybrał. Nieopodal był śmietnik, do którego trafiały odpadki z pobliskiej restauracji. Oczywiście oprócz kotów „wyglądających na najważniejsze”, w Piranie naprawdę ważne są ryby i owoce morza. Po rybę można udać się do portu (niestety trzeba byłoby wcześnie wstać, co jest na wakacjach trudne) i samemu ją przygotować (latem bywa bardzo upalnie, poza tym gotować można, jeśli ma się gdzie). A jeśli gotowanie, smażenie i pieczenie nam nie w smak, trzeba się udać chociaż raz na obiad lub kolację do restauracji serwującej ryby, o co teoretycznie nietrudno. Chociaż w natłoku pizzerii, kawiarni oraz fast foodów – znalezienie miejsca, które nie przytłoczy wysokimi cenami, bywa trudne. Jeśli chcemy mieć widok na kołyszące się morze, pozostaje nam któraś z restauracji na nabrzeżu (np. Pavel). Ceny dań z owoców morza w zasadzie wszędzie są podobne.
Piran, tak jak napisałam na początku, można zwiedzić w kilka godzin, kończąc wycieczkę lodami (słoweńskie lody są naprawdę pyszne). Wydaje mi się jednak, że byłoby to ze szkodą dla miasta i dla nas (chyba że mamy mało czasu). Bardzo unikatowe są Sečoveljske soline. To jedno z ostatnich miejsc na świecie, gdzie produkuje się sól w tradycyjny sposób, pochodzący z XIV wieku. Przechadzając się po tym niezwykłym parku, mijamy solne pola, w których odbywa się krystalizacja. Znajduje się tam również Muzeum. Kupimy w nim ozdobnie zapakowaną sól, a nawet – czekoladę z kwiatem soli. Na terenie parku są pozostałości dawnych domów robotników (częściowo zarośnięte) lub suche baseny, różne kanały. Spotkamy tam też gatunki roślin, które nigdzie indziej nie występują, i zwierzęta. Około 90 gatunków ptaków zakłada tutaj swoje gniazda. Wiosną i jesienią na odpoczynek zatrzymują się te, które lecą do Afryki. Na stałe mieszkają tu: biała i siwa czapla (Ardea cinerea) i mała czapla biała – bardzo sympatyczna i z wyglądu i dzięki swojej dźwięcznej nazwie: Egretta garzetta. Wstęp do parku Krajinski Park Sečoveljske Soline kosztuje 5 euro.
Wróćmy do samego miasta. W miejscu głównego placu w Piranie – Tartinijev trg niegdyś była malutka przystań dla rybaków. Znajdowała się ona już poza murami miasta. Najstarsze fragmenty murów dzisiaj można znaleźć obok „ratusza”. Ciekawostkę stanowi fakt, że na początku XX wieku przez plac wiodły tory. Do Piranu jeździła kolejka, która po 1950 roku przestała istnieć. Nocować w Piranie można wszędzie: w hotelach, pensjonatach, apartamentach udostępnianych przez prywatnych właścicieli domów, hostelach. Najlepiej poszukać wcześniej. Gdybyśmy jednak zaczarowani miastem w ostatniej chwili postanowili przenocować – pomoże informacja turystyczna, która ma wykaz wolnych miejsc noclegowych „na każdą kieszeń”.
Piran to miejsce dla każdego: dla rodzin z dziećmi, młodzieży czy samotnych wędrowników. Wieczorami można siedzieć nad brzegiem morza, słuchać wzburzonych fal i np. koncertu jazzowego z pobliskiej kawiarni. Trzeba tylko uważać, bo woda potrafi nas „zmyć” z ławki na nabrzeżu – fale z łatwością do niej dosięgną. „Przemoczony” turysta – choć sam pewnie niezbyt szczęśliwy – wzbudza radość wszystkich przypadkowych wędrowców. Kiedyś zapytano mnie, jakie plaże są w Piranie. Niestety – kamieniste. Nieprzyzwyczajonym doradzam jakieś klapki. Warto mieć buty do kąpieli również ze względu na różne żyjątka, które potrafią przestraszyć. Ale nie obawiajmy się za bardzo – piranii nie ma w Piranie. Są za to wspaniałe, ciepłe morze i słońce.
Tekst i foto Marta Szatkowska-Kunavar

Zobacz kolejny artykuł

Nie omijaj Zagrzebia

Jedno z najładniejszych europejskich miast choć jest wielotysięczną metropolią, sprawia wrażenie kameralnego i przyjaznego. Główne …