Karnawał, czyli tłumy w Wenecji

Jak powinien wyglądać kostium inspirowany prozą Kafki, a jak „letnia noc”? Niełatwo odpowiedzieć i niełatwo ocenić pomysł autora przebrania. Kilkadziesiąt osób w fantastycznych perukach, sukniach i bajkowych nakryciach głowy stało na scenie ustawionej na placu św. Marka, czekając na wyrok publiczności. Głosowanie miało czytelne zasady: podoba się – podnosimy zieloną kartę do góry, nie podoba się – czerwoną. Wybierano trzy najlepsze kostiumy, a konkurs prowadził pan Krokodyl w towarzystwie pani Żaby albo pani Kot. Mogła to być również żaba połykająca kota. Najważniejsze w ocenie było, czy kostium wpisuje się w tegoroczny temat karnawału, na którym miały królować różne bajkowe stworzenia, tajemnicze zwierzęta, ożywione roślinne cudaki.
Zanim mnie i moim znajomym udało się przebić do placu św. Marka, niestety było już po słynnym „locie Anioła”, czyli spektakularnym zjeździe przebranej w piękny kostium młodej Wenecjanki po linie rozpiętej nad placem. Nie spodziewaliśmy się, że wenecki karnawał, który trwa już od 14 lutego, ciągle przyciąga takie tłumy turystów. Wśród nich było wielu Włochów z innych prowincji i gości z sąsiednich krajów, ale słychać było także np. język polski i rosyjski. Piękna wiosenna pogoda wielu osobom pomogła w podjęciu decyzji o wycieczce na wenecki karnawał i stąd zakorkowane uliczki, pełne tramwaje wodne, mosty i skwery. Z parkingiem też nie było łatwo. Ten znajdujący się najbliżej – na Piazzale Roma był pełen, o czym wcześniej informowały tablice na moście prowadzącym do miasta. Wybraliśmy więc taki, który jeszcze przyjmował gości – położony dalej, tuż przy porcie czyli Tronchetto. Ile kosztuje bezpieczne zaparkowanie auta w Wenecji? Nie jest tanio. Wszystko zależy od tego, ile godzin spędzimy na zwiedzaniu. Nam pobyt się przedłużył i w sumie zapłaciliśmy 21 euro. Gdyby udało się wrócić wcześniej (do pięciu godzin) cena byłaby niższa, ale i tak wyszłoby kilkanaście euro. Miejsce znaleźliśmy na samej górze – na piątym piętrze, a samochodów ciągle przybywało.
Wzięliśmy aparaty i plecaki. Do wózka zapakowaliśmy najmłodszą uczestniczkę wyprawy i poszliśmy w stronę centrum, kierowani przez sympatycznych policjantów, którzy zatrzymywali ruch wtedy, gdy przed przejściem zebrała się grupa pieszych. Gdy tylko zagubiliśmy się w uliczce prowadzącej do placu św. Marka, otoczył nas tłum innych turystów. Wszyscy niespiesznie poruszali się w różne strony, przystawali przy stoiskach z maskami z napisem „made in Italy” (świadczącymi o tym, że to wyrób oryginalny rodem z Włoch) albo tymi z napisem: 2 euro (raczej wykonanymi w Chinach). Robili zdjęcia, jedli, pili. Ruch wstrzymywały też najciekawsze kostiumy. Fotografowano przechadzające się między nami weneckie damy, księżniczki, pantery. Prawdziwą katastrofę komunikacyjną wywołały „drzewa” i cztery pory roku. Grupa bananów odpoczywająca na stopniach kościoła nie cieszyła się aż taką popularnością, ale przepięknie zdobione suknie dam – owszem. Pokonywanie licznych mostów z dziecięcym wózkiem też okazało się kłopotliwe, bo są na nich prawie wyłącznie schody. Nie można było się „pospieszyć”, pozostało więc chłonąć karnawałową atmosferę ulic. Miasta w czasie karnawału rzeczywiście mają w sobie coś magicznego. Przede wszystkim – żyją. Mieszkańcy Wenecji spotykają się na ulicach i w kawiarniach. Toczą rozmowy, stojąc na chodniku z kieliszkiem wina. Dzieci biegają w kostiumach sypiąc się wzajemnie confetti. Nawet niektóre psy noszą zabawne czapki. Jest miło i radośnie. Każdy może spełnić swoje marzenie o byciu przez kilka dni kimś innym.
Gdy utknęłam w kolejnej uliczce prowadzącej do placu św. Marka, postanowiłam zatrzymać się na lody. Przez szybę wyglądały pysznie i takie też były. Za 1,5 euro dostałam ogromną czekoladową kulę. Potem przebijaliśmy się dalej, by wreszcie znaleźć się u celu podróży. Na specjalnie zbudowanej scenie odbywał się konkurs kostiumów. Najbliżej wstęp mieli tylko ci, którzy zarezerwowali sobie miejsce kupując bilety. Inni oglądali konkurs zza ogrodzenia. Pomysły na przebranie były naprawdę fantastyczne. Zachwycały niektóre „kapelusze” i skrzydlate stworzenia. Każdy uczestnik przedstawiał swój kostium. Wśród uczestników znaleźli się nawet przybysze z Francji. Na placu panował duży ruch. Obok zwyczajnie ubranych turystów przechadzali się: dżin z lampą, arlekin, wenecki doża, kolorowi mieszczanie, a nawet osoby w sukniach zrobionych z papieru gazetowego. Spotkałam też ożywionego lwa – symbol miasta. Wszyscy chętnie pozowali do zdjęć i pozwalali, żeby setna osoba sfotografowała się w ich towarzystwie.
Przed bazyliką stała ogromna kolejka, więc tym razem zrezygnowaliśmy z wejścia do środka. Aby uniknąć tłumów w drodze powrotnej, zdecydowaliśmy się na powrót wodnym tramwajem. Bilet kosztował 7 euro, ale opłacało się, bo z wody miasto wygląda zupełnie inaczej. Można dostrzec wiele szczegółów, przyjrzeć się fasadom kolorowych kamienic. Czas przejazdu, około 40 minut do Tronchetto, sprzyjał obserwacjom. Nie mówiąc już o tym, że miło jest przejechać się w towarzystwie małego „spidermena” i ubranej w karminową suknię weneckiej damy w typowej białej masce. Choć wielu punktów programu nie udało się nam zobaczyć, to wyprawę na wenecki karnawał trzeba zaliczyć do udanych. Miejsce, słońce, niepowtarzalne atmosfera, wiele cudownych obrazów w głowie i w aparacie. Czy nie o to chodzi w podróżach?
Tekst i foto Marta Szatkowska-Kunavar

Zobacz kolejny artykuł

Nie omijaj Zagrzebia

Jedno z najładniejszych europejskich miast choć jest wielotysięczną metropolią, sprawia wrażenie kameralnego i przyjaznego. Główne …