Ojciec skatował pieska swoich synów, bo…

Cywil go zaatakował
Cztery lata temu, po 23 latach małżeństwa państwo Sz. wzięli rozwód. Nie dało się już razem żyć, a ponieważ synowie byli dorośli, zdecydowali, że rozwiązanie małżeństwa będzie najlepszym wyjściem dla rodziny, zwłaszcza że mąż opuścił ich wspólny dom i wyprowadził się do innej kobiety.
Pani Agnieszka została w domu z dwoma synami: 26- i 21-letnim. – To nie było dobre małżeństwo. Mieliśmy założoną niebieską kartę, bardzo często musiała u nas interweniować policja. Przed laty mąż został skazany za znęcanie się nad nami na 6 miesięcy pozbawienia wolności z zawieszeniem na 2 lata. Te 2 lata były cudowne, nie podnosił na nas ręki, nie było awantur. Bardzo się pilnował, by nie pójść za kratki. Miał też drugi wyrok, za sfałszowanie podpisów na dokumentach skarbowych. Dostał karę odpracowania godzin na cele społeczne. Kiedy wykonał wyrok, założył nam sprawę o eksmisję ze wspólnego domu – opowiada.
Niestety dom w Borowiczkach nie był, przynajmniej w dokumentach, ich wspólną własnością. Mąż kupił go w stanie surowym, zanim zostali małżeństwem. Pierwsze trzy lata po ślubie mieszkali u rodziców pani Agnieszki w Imielnicy, a jednocześnie przygotowywali do zamieszkania parter, robili centralne ogrzewanie, doprowadzili wodę, w czym mocno pomagał tata pani Agnieszki. Potem, po przeprowadzce, stopniowo robili I piętro. Wszystko razem, za wspólne pieniądze. Dziś największym błędem okazuje się to, że właścicielem pozostał mąż, a kobieta z synami byli tam tylko zameldowani.
Mąż wyprowadził się z domu, ale nie zamierzał zostawić go byłej żonie i synom. W 2015 roku założył im sprawę o eksmisję, ale przegrał. Sąd uznał, że mają prawo nadal tam mieszkać. Przyznał jeden pokój na dole i jeden na górze mężowi, pani Agnieszce pokój na dole, a chłopakom po jednym na górze.
Reszta pomieszczeń miała być wspólna dla wszystkich domowników. Niestety sąd nie określił, na jakich zasadach pani Agnieszka i jej synowie mogą korzystać z garażu, a przede wszystkim z piwnicy, gdzie stał piec centralnego ogrzewania, którego koniecznie, zwłaszcza zimą, musieli używać.
Ta decyzja nie była na rękę panu Sz. Nie potrafił się z tym pogodzić, na dodatek w tym czasie nie pracował. Wszelkie koszty utrzymania domu ponosiła pani Agnieszka i starszy, pracujący syn. Być może dlatego doszło do zdarzenia 14 grudnia 2015 roku, które wstrząsnęło rodziną.
Piesek Cywil był traktowany jak członek rodziny. Taka maskotka, którą wszędzie zabierali ze sobą, ważąca mniej niż kilogram. 14 grudnia w domu nie było nikogo, a pan Sz. przyszedł i po prostu zakatował psa, tłumacząc się, że ten go zaatakował.

Zobacz kolejny artykuł

Straż zamknęła escape room w Płocku

Komenda Miejska Państwowej Straży Pożarnej zdecydowała w minioną sobotę, 5 stycznia o zamknięciu jedynego w …