Wychowałem się na płockiej ziemi…

Z trenerem Wisły Płock, Dariuszem Dźwigałą, w przerwie na reprezentację rozmawia Jola Marciniak

– Poprosiłam Pana o rozmowę dopiero teraz, bo postanowiłam, że porozmawiamy po pierwszej wygranej Wisły. Długo trzeba było na ten moment czekać…
– Tak, w najczarniejszych snach sobie nie wyobrażałem, że tak będzie wyglądał początek sezonu. Nie chcę się tłumaczyć, ale nie prowadziłem zespołu w żadnej grze kontrolnej. Pewnie dlatego widzę to z perspektywy czasu. Popełniłem kilka błędnych decyzji personalnych przy wyborze jedenastki czy osiemnastki. Cały czas musiałem się w treningach przekonywać do zawodników i wciąż ich teraz poznaję. Rzeczywiście przeżywam trudny moment, a chodzi o małą liczbę zdobytych punktów. W pięciu meczach, przed spotkaniem z Legią, zdobyliśmy tylko dwa punkty. Więc trudno się dziwić, że odbiór mojej pracy nie był pozytywny. Wiedziałem, że ciężko pracujemy, że w tych meczach wyglądamy dobrze. Przeanalizowaliśmy wszystkie te spotkania, w których nie punktowaliśmy i było widać, że w każdym graliśmy na poziomie. Byliśmy zespołem, na pewno w dużych częściach spotkań, lepszym. Nawet ten nieszczęsny pojedynek z Arką, przegrany 1: 3 – to na pewno nie wygląda dobrze. Ale przy wyniku 1: 1 dochodzimy do znakomitych sytuacji i możemy strzelać kolejne bramki. Niestety straciliśmy drugiego, przypadkowego gola. Zabrakło detali. Z Lechem też nie mieliśmy prawa przegrać, a jednak w 90. min straciliśmy bramkę. W Zabrzu, gdzie mieliśmy miażdżącą przewagę, powinniśmy wygrać wysoko, tam szwankowała skuteczność. Takie punkty nam uciekały. Ale ja cały czas wiedziałem, jak pracowaliśmy. Owszem, mentalnie nie mogło być przy 2 punktach dobrze, ale cały czas wierzyliśmy, że jesteśmy dobrym zespołem. Udało się to udowodnić w meczu w Warszawie, gdzie z mistrzem Polski odnieśliśmy zdecydowane zwycięstwo. Szkoda, że na ostatnie 10 minut oddaliśmy inicjatywę gospodarzom. Zeszliśmy za nisko swojej bramki i grając o jednego więcej zawodnika w polu, wydawało się, że kwestią czasu będzie kolejny gol. Niepotrzebnie oddaliśmy pole. Ale to jest kierunek, żeby ta postawa z Warszawy była w każdym następnym meczu. Nie da się ukryć, teraz wszyscy dokładnie analizują przeciwników. My wiemy jedno, musimy zmienić organizację gry obronnej i zagrać wszystkie spotkania tak, jak w Warszawie.
– Po przegranym meczu z Arką zdecydował się Pan na konferencji prasowej na mocną samokrytykę. To było duże zaskoczenie, w końcu wziął Pan z marszu zespół i trudno od razu negatywnie oceniać swoją pracę, brać całą winę na siebie…
– To były wielkie emocje zaraz po meczu. Jestem z natury osobą wylewną, to co czuję, wyrzucam z siebie. Nie chcę negatywnych emocji tłamsić, oszukiwać. W tym momencie czułem się odpowiedzialny za brak wyniku. Wiem, że jestem dobrym trenerem, wiem, gdzie są problemy w polskiej piłce. A to wystąpienie to nauczka, żeby też pracować nad tym, co dzieje się w głowie, być mniej wylewnym. To nie było tak, że ja przestałem w siebie wierzyć, w zawodników, w zespół. Po prostu uczucia w tym momencie zadziałały.
– W meczu z Legią praktycznie trafił Pan ze składem w dziesiątkę. Na ile było to nadal żonglowanie składem, a na ile rezultat wyciągania wniosków z dotychczasowych błędów?
– Dokładnie przeanalizowaliśmy pięć wcześniej rozegranych spotkań, przeanalizowaliśmy, w jakich formacjach i jakie błędy popełniliśmy. Stąd nowe rozwiązania i decyzje. W meczu z Legią wybiegł w pierwszym składzie Igor Łasicki, który mocno pracował przez cały czas na treningach dając argument, żeby wreszcie wyjść na murawę w podstawowym składzie. Musieliśmy podjąć decyzję o zmianie gry w obronie. W każdym meczu traciliśmy bramki, dlatego trzeba było dać szansę zawodnikowi, który przyniósłby tej ekipie pozytywny impuls. Bardzo ważnym posunięciem było postawienie na pozycji nr 6 Damiana Rasaka. Nie mogliśmy pozwolić Legii na dużą swobodę w środkowej strefie. Tam biegał Cafu czy Domagoj Antolic, którzy potrafią jednym podaniem uruchomić Carlitosa, czy Kante. Stąd decyzja, by bardziej zagęścić środkową część boiska i to się sprawdziło kapitalnie. Uważam, że Legia w pierwszej części spotkania nie doszła ani razu do strzału. To była zasługa środka, czyli Damiana Szymańskiego, Dominika Furmana i Damiana Rasaka. Oczywiście pozostali zawodnicy też doskonale wywiązali się ze swoich obowiązków. Legia nie była w stanie nam nic zrobić.
– Jak Pan przespał ostatnią noc przed Legią, nie przychodziły do głowy myśli, żeby podjąć jakieś drastyczne rozwiązania?
– Ze składem?
– Nie, dotyczące Pana roli w zespole…
– Oczywiście, po głowie chodziły różne myśli. Pewnie gdybyśmy przegrali na Legii, co przecież było prawdopodobne, nie jest wykluczone, że podjąłbym ważne decyzje.

J. Marciniak
fot. D. Ossowski

Zobacz kolejny artykuł

W Orlen Arenie Klubowe Mistrzostwa Świata w piłce siatkowej

W Płocku, choć seniorskiej siatkówki nie ma od dawna, to jest bardzo wielu sympatyków tej …

A do ósemki daleko…

Doskonale rozumiemy, że po trzech tygodniach z zespołem trudno poskładać ekipę, która wreszcie zacznie wygrywać. …