Należę do ludzi odważnych i niecierpliwych

Z trenerem drużyny piłki nożnej Wisły Płock Leszkiem Ojrzyńskim rozmawia Jola Marciniak

Proszę powiedzieć, co Pan robił 3 kwietnia, czy oglądał Pan mecz Piast – Wisła w Gliwicach? Przed spotkaniem nie było mowy, że może dojść do zmiany trenera. Zarząd klubu potwierdzał zaufanie do Kibu Vicunii, a tu nagle okazało się, że kontrakt z Hiszpanem wygasa. Wiedział Pan wtedy, że może będzie Pan musiał, a może nawet chciał, związać się z Wisłą?
Oglądałem to spotkanie w telewizji. Przyglądałem się bacznie, jak wygląda sytuacja. Zawsze trzeba brać pod uwagę różne scenariusze. Dostałem wcześniej sygnał, że może być zmiana trenera, gdyby w Gliwicach drużynie się nie powiodło. Od razu po meczu dostałem telefon, żeby się spotkać z prezesem i porozmawiać, jak prezes to widzi i jak ja to widzę. Do tego spotkania doszło następnego dnia. Szybko zawarliśmy porozumienie i jestem w Płocku.

Dlaczego trenerzy podejmują się tak trudnego zadania? Jest to często przecież prawie misja niemożliwa. Zespół zajmuje przedostatnie miejsce, ma trudne mecze do rozegrania, bo przecież wszyscy w dole tabeli walczą o utrzymanie. A Wisła już została przez fachowców skazana na porażkę. Już mówiono o niej jako tej, która wraz z Zagłębiem Sosnowiec opuści szeregi Ekstraklasy. A tu przychodzi Pan i wygrywa cztery mecze pod rząd.
Przede wszystkim to jest Ekstraklasa, wielkie wyzwanie, nie tylko dla mnie, także dla sztabu szkoleniowego, bo przyszło tu ze mną dwóch trenerów. Jest to też chęć sprawdzenia. Ryzyko jest ogromne, przecież można byłoby nawet poczekać, zobaczyć, jak potoczą się losy zespołu, jaki będzie rozwój sytuacji w innych klubach. I niekoniecznie tych, które drżą o utrzymanie, bo na pewno nastąpią roszady. Ja należę do ludzi odważnych, nawet można powiedzieć niecierpliwych, zdeterminowanych. Jeśli widziałem, że ktoś chce postawić na mnie, to się zdecydowałem i obyśmy się za kilka dni cieszyli z realizacji celu. Od początku to było ciężkie zadanie, bo dwa pierwsze mecze mieliśmy wyjazdowe, z drużynami, które do upadłego będą walczyć o utrzymanie. Potem u siebie mecz z zespołem, który będzie się chciał pożegnać z Ekstraklasą z honorem. Teraz gra się toczy, kto jako drugi spadnie. „Kandydatów” jest czterech i walka będzie na pewno zażarta.

Gdyby w tym samym czasie co Wisła, zgłosili się do Pana przedstawiciele Arki i zaproponowali objęcie stanowiska trenera, co by Pan wybrał?
Wybrałbym Arkę, bo znam tam ludzi, zawodników, od razu bym wiedział, co trzeba natychmiast zmienić. Przynajmniej tak mi się wydaje. Tu było za dużo niewiadomych. Niektórych piłkarzy znałem, ale byli po kontuzjach. Karol Angielski czy Mateusz Szwoch wrócili na boisko w pierwszym spotkaniu, bo byli zdrowi i wiedzieli, na co trzeba postawić w danym momencie i można ich było wystawić. W Arce takich zawodników, którzy ze mną pracowali, miałem ponad dziesięciu i pamiętają te dobre czasy, kiedy się wygrywało. Bo przecież mój pobyt w Gdyni to nie tylko walka o utrzymanie, ale też wysokie zwycięstwa po pięć, cztery do zera. To były zdecydowane zwycięstwa, fajne rzeczy przeżyliśmy. Ale z Arki sygnału nie dostałem, tylko z Wisły, więc nie miałem dylematu, czy lepiej jechać bardziej na północ, czy ratować drugie miejsce w Ekstraklasie dla Mazowsza.

Ma Pan swoje zasady, trzyma drużynę krótko, silną ręką. Nie każdy zespół potrafi zagrać tak, jak Pan to sobie wymarzy i ustawi, nie wszyscy poddają się „terrorowi” trenera. Czasami takie metody nie przynoszą rezultatu.

Zobacz kolejny artykuł

Młodzi lekkoatleci z PTT Delta Płock poprawiają wyniki

W mistrzostwach Polski sztafet w Krakowie wystartowała reprezentacja PTT Delta, Sekcja Lekkoatletyczna. Zawodniczki ze sztafety …