Sekrety nowoczesnego sadownictwa

Lech Dąbrowski znany jest płocczanom i mieszkańcom powiatu płockiego jako wieloletni radny powiatowy oraz przewodniczący Rady Powiatu. Tym razem przedstawimy go jednak z innej strony. Bo jest on przede wszystkim sadownikiem. Sad to jego oczko w głowie. Jak sam przyznaje, spedza tam bardzo dużo czasu, nie tylko dlatego, że musi, ale także dlatego, że po prostu to lubi.

Zaczęło się od ciągnika
Lech Dąbrowski wychował się na wsi, jego rodzice prowadzili gospodarstwo rolne. Od najmłodszych lat pomagał im w codziennych gospodarskich obowiązkach, podobnie zresztą jak wielu innych chłopców w jego wieku. Jak wspomina gospodarz, uprawa ziemi było w jego życiu od zawsze, ale moment, w którym na poważnie zaczął myśleć o rolnictwie, nastąpił, gdy w gospodarstwie jego rodziców pojawił się ciągnik. – W pewnym momencie odezwało się we mnie coś z rolnika. Kiedy mój ojciec kupił nowy ciągnik, to jako młodego chłopaka bardzo mnie to interesowało i chciałem nim pojeździć. Wyjechałem przed wieczorem orać ziemię i wtedy poczułem jej zapach. Zapach oranej przed wieczorem ziemi jest wspaniały. Najbardziej da się to odczuć przed pojawieniem się mgły – mówi.
Jak wspomina sadownik, lata 70. XX w. były momentem, kiedy wieś się otworzyła, kiedy można było kupić nowe maszyny. Nastąpiła mechanizacja, część osób udało się zakupić samochody dostawcze i sprzęt rolniczy. – To połczyło mnie i kilku innych kolegów, których rodzice również mieli gospodarstwa. Interesowały nas podobne rzeczy, rywalizowaliœmy w pozytywnym sensie, tworzyliśmy zwartą grupę. Dla każdego chłopaka w tamtym czasie maszyny rolnicze były czymś bardzo interesującym. W ten sposób rodziło się moje zamiłowanie do ziemi – wspomina Lech Dąbrowski.

Reklama

To, że został na swojej ojcowiźnie, było dla niego zupełnie naturalne. Gospodarstwo przejął po swoim tacie, który zmarł w młodym wieku. Był rok 1987, czyli zupełnie inne czasy niż teraz. – Miałem wtedy dobrą pracę, moja żona również. Zastanawiałem się, co zrobić z gospodarstwem. Były pewne obiekcje. Pamiętam ciężkie lata, kiedy gospodarstwo nie było tak zmechanizowane i zamiast jechać na wakacje pieliliśmy buraki czy ziemniaki. Ale udało nam się. Oprócz pracy zawodowej zajęliśmy się również gospodarstwem. Krok po kroku dochodziliśmy do tego, co jest teraz – mówi Lech Dąbrowski.
Sadownik wspomina, że początkowo nie wiedział, co zrobić z gospodarstwem. Na pomoc przyszedł mu kolega, który podpowiedział mu, żeby założyć sad. Zaczął od 2 hektarów. Jak przyznaje, nie zdawał sobie wtedy sprawy, jak ciężka jest to produkcja i jak dużego zaangażowania i wiedzy wymaga. Po pierwszych zbiorach ocenił, że brakuje mu maszyn, przechowalni i przede wszystkim wiedzy na ten temat. – Postanowiłem, że pierwszym krokiem, który powinienem zrobić, jest dokształcenie się. Jeździłem do Skierniewic, gdzie prężnie działał instytut sadownictwa, który organizował konferencje, badania. Miałem tam bezpośredni kontakt z naukowcami. Skierniewice w tym okresie były moim drugim domem, otrzymałem stamtąd wiele wsparcia – mówi.
Inwestycja w naukę się opłaciła. Doświadczeni sadownicy zaczęli bacznie przyglądać się jego działaniom i podpytywać o rady dotyczące uprawy. To była dla niego ogromna satysfakcja i znak, że to, co robi, ma sens i jest doceniane.
Po etapie zdobywania wiedzy przyszedł czas na modernizację sprzętu i budynków gospodarczych. Jak przyznaje, cały czas starał się, aby w jego gospodarstwie pojawiały się nowe maszyny. Kupił młockarnię i snopowiązałkę, dzięki którym zarabiał na kolejny sprzęt pracując usługowo u innych gospodarzy. Dorabiał w ten sposób na rozbudowę gospodarstwa.
Przełomowy moment
Zdaniem pana Lecha najlepszym momentem dla polskiego sadownictwa i rolnictwa była decyzja o wejściu Polski do Unii Europejskiej. Wtedy to polscy rolnicy otrzymali ogromną szansę na zdobycie środków i rozwój.

Eliza Kinalska
fot. Dariusz Ossowski

Zobacz kolejny artykuł

Kto doi krowy? Roboty!

Rolnictwo to bardzo szybko rozwijająca się dziedzina gospodarki. Jednak wielu z nas nie ma pojęcia …