fot. Archiwum

Na wózku przez Amerykę

20 kwietnia z lotniska Okęcie w Warszawie rozpoczął podróż życia Janusz Radgowski, mieszkaniec Domu Pomocy Społecznej w Koszelewie, który jest „człowiekiem po przejściach”. W swoim życiorysie ma takie momenty, o których chciałby na zawsze zapomnieć, ale ma też takie, za które jest podziwiany. Od kilku lat jego celem jest niesienie pomocy najsłabszym, najmłodszym i ciężko chorym. – Sam mam niewiele, jeżdżę na wózku inwalidzkim. Ale dopóki mam zdrowe ręce, chcę zdobywać pieniądze dla dzieci – na rehabilitację, lekarstwa, badania. Chcę spłacić dług wobec tych, którzy podali mi pomocną dłoń – zapewnia.
Siedem lat temu przeszedł przeszczep nerki i od tamtego czasu jeździ na wózku, ale nie zamierza użalać się nad sobą. Postanowił, że będzie trenować i startować w maratonach, by chociaż w ten sposób zwrócić uwagę najmłodszych, chorych, zdanych na łaskę innych. Najpierw pomagał w zbieraniu funduszy dla ciężko chorego Czarka, potem dzięki jego działaniom wpływały datki dla Klaudii.
Szybko okazało się, że start w maratonach to zbyt mało, dlatego wymyślił inny sposób dotarcia do tych, którzy mają pieniądze i mogą pomóc dzieciom. Organizował coraz dłuższe wyprawy. Podczas pierwszej pokonał wzdłuż Polskę. Wystartował w Krakowie, a po 14 dniach i przejechaniu 700 km na wózku inwalidzkim, zameldował się na molo w Sopocie. Potem zaplanował trasę znacznie trudniejszą i dłuższą – zaczęła się w Rzymie, a skończyła w Wadowicach. W ciągu 40 dni pokonał 1700 km, zbierając pieniądze na rehabilitację małej Klaudusi z Płocka, walczącej z neuroblastomą typu IV.
Ale ostatnim swoim pomysłem zaskoczył wszystkich. Wymyślił, że pokona trasę supermaratonu po USA Pacyfik – Atlantyk, by mówić ludziom, że w Płocku mieszka bardzo chora Zuzia, która bez pieniędzy innych nie ma szans na normalne życie. I choć plany takiej podróży wydawały się zupełnie nierealne, to od 2 maja jedzie na wózku przez Stany Zjednoczone. Metę wyznaczył na 28 września i wszystko wskazuje na to, że za tydzień zamelduje się w Lewes w stanie New Jersey. Ma nadzieję, że konto rodziców Zuzi powiększyło się odpowiednio, bo rozmawiał o niej z wieloma ludźmi, udzielił wywiadów do radia, telewizji, gazet, o jego akcji dowiedziała się nie tylko Polonia amerykańska, ale także ci, których spotykał na kilku tysiącach kilometrów trasy.
Trasa przygotowywana była z wielką dokładnością. – Wiem, że porywałem się z motyką na słońce, ale cały czas wierzyłem, że sobie poradzę. Zaplanowałem przejazd przez 12 stanów: Waszyngton, Idaho, Dakota Północna, Dakota Południowa, Minnesota, Iowa, Illinois, Indiana, Ohio, Pensylwania, Maryland, New Jersey – w sumie 5 tys. km, w ekstremalnych warunkach, przez Góry Skaliste i pustynię. Po dojeździe do mety czeka mnie kilka dni odpoczynku, a 5 października wracam z Nowego Jorku do Warszawy – zapowiada.
Do mety pozostało mu kilkaset kilometrów i jeśli wózek nadal będzie się tak wspaniale sprawować jak do tej pory, to cel zostanie osiągnięty. Ma już pierwsze wnioski z wyprawy: jeśli zdecyduje się na następny maraton, musi przede wszystkim zadbać o lżejszy wózek. Ten dał mu, zwłaszcza w górach, mocno w kość.
Przez ostatnie 4,5 miesiąca plan dnia Janusza wyglądał niemal codziennie tak samo. Pobudka o 6 rano, przede wszystkim leki odrzutowe, badanie poziomu cukru i start do etapu. Dziennie przejeżdża 40–45 km, po 20 km jest przerwa, nie tylko na badanie poziomu cukru. W etapach górskich pokonuje maksymalnie 15 km. – Wieczorem stać mnie tylko na kąpiel, wrzucenie filmików i zdjęć do internetu i odpoczynek. Po każdym etapie jestem bardzo mocno wyczerpany. Niedziela jest wolna – tłumaczy.
W czasie podróży przeżył kilka niesamowitych przygód, burz z wyładowaniami, a tuż przed wyjazdem z Montany – tornado. – Ale najważniejsi, najwspanialsi są ludzie. Kowboje, ranczerzy, policjanci, wszyscy pomagają mi przy okazji różnych wydarzeń, które mają miejsce podczas tak długiej podróży. Codziennie spotykam ludzi, których nigdy nie zapomnę: Polaków, Amerykanów, ludzi innych nacji, motocyklistów, kierowców ciężarówek, także żołnierzy, weteranów wojennych. To są niesamowicie wzruszające spotkania. Przejeżdżałem przez rezerwaty Indian w Górach Skalistych, to wszystko wygląda zupełnie inaczej niż na filmach. Widziałem też orła bielika. Wcześniej miałem okazję oglądać te ptaki tylko na kanałach przyrodniczych – opowiada Janusz Radgowski.
Najgorsza jest tęsknota za przyjaciółmi zostawionymi w kraju, za Polską, za naszymi dużymi i błahymi sprawami. Jadąc na wózku jest dużo czasu na rozmyślanie o sobie, o losie, o ludziach, którzy potrzebują pomocy. Ale także o spełnianiu marzeń, o niesamowitej podróży, która rok temu była tylko pomysłem, a dziś zbliża się do końca. Nie wiadomo, jak długo Janusz będzie odpoczywał i jakie ma plany na przyszłość. Wiadomo tylko, że taki niespokojny duch na pewno postawi sobie kolejne cele, marzenia do spełnienia.
Tygodnik Płocki jest patronem medialnym wyprawy Janusza Radgowskiego. Zaplanowana podróż zmierza ku końcowi – mało kto podjąłby się takiego wyzwania. Wierzymy, że uda się ją zgodnie z planem zakończyć, a konto bankowe Zuzi powiększy się o kwotę umożliwiającą zmniejszenie cierpienia dziewczynki.
Jol.

Zobacz kolejny artykuł

Rodzinnie w Maszewie Dużym

Mnóstwo atrakcji, dobrej zabawy i muzycznych doznań – tego wszystkiego było pod dostatkiem podczas wielkiego …

2 komentarze

  1. Super historia!!! Organman chciałabym to zobaczyć :) indiana w Indianie :P

  2. Jakbym przejechał Amerykę na rowerze Indiana, to z pewnością fajnie by wyglądało w stanie Indiana :) Może byłby rozgłos. Gratuluje koledze pomysłu i samozaparcia!