Hubertus w Luszynie

Z roku na rok coraz więcej osób uczestniczy w imprezie organizowanej przez miłośników koni z Gąbina i gminy Pacyna. W nierozerwalnie związanym z hubertowskimi obyczajami korowodzie wzięło udział w ostatnią sobotę około 20 powozów i wielu konnych. Była tradycyjna grochówka, a niezapomniane emocje przyniosła „pogoń za lisem”
Dzień Świętego Huberta obchodzą uroczyście zarówno myśliwi, jak też miłośnicy koni. Impreza w Luszynie zdominowana była przez tych ostatnich. Duże wrażenie na gościach luszyńskiego Hubertusa robiła grupa rekonstrukcyjna 4 Pułku Strzelców Konnych Ziemi Łęczyckiej, którą dowodził porucznik Andrzej Żabka, współorganizator imprezy. Oczy cieszyły też pięknie utrzymane powozy. Okazuje się, że w naszym regionie nie brak miłośników koni. Choćby takich jak Krzysztof Woźniak, wójt Pacyny. Polana, na której odbyła się pogoń za lisem to teren jego gminy. Kierował własnym powozem, a jego żona Anna częstowała zainteresowanych pyszną wędzoną słoninką z cebulą. Były powozy dwu-, cztero- i wieloosobowe; jeden z nich prowadził m.in. lider zespołu Bayer Full Sławomir Świeżyński.
– Na naszą imprezę przyjeżdżają zainteresowani z powiatu płockiego, ale nie tylko – mówi Andrzej Żabka, gąbinianin. – Są też reprezentanci Sierpca, Płońska, Gąbina, Łowicza, Skierniewic, Krośniewic, Łomianek i Radzymina.
Warto zwrócić uwagę, że końmi interesują się nie tylko mężczyźni. W Grupie rekonstrukcyjnej Żabki (formacja brała ostatnio udział m.in. w defiladzie z okazji Dnia Wojska Polskiego, a także w rekonstrukcji bitwy pod Łomiankami z roku 1939) pięknie prezentowały się w Luszynie dwie panie: Aleksandra Szabert i Joanna Malachińska.
Wyjątkowe zainteresowanie i emocje wzbudziła tegoroczna pogoń za lisem. Ekologów uspokajamy. Nie ma tu mowy o krwawym polowaniu. Lisem jest jeden z jeźdźców, gonią go inni konni. Tym razem zadanie nie było proste, bowiem rolę lisa wziął na siebie znany w kraju i za granicą kaskader Robert Rozwód. Pan Robert na co dzień ma własną stajnię „Bajka” w Radzyminie, prowadzi także grupę kaskaderską, uczestniczy w wielu produkcjach filmowych, takich jak choćby „Rok 1920”.
Nie było łatwo zatem zostać królem pogoni za lisem. A jednak ta sztuka udała się po wielu daremnych próbach. Dokonał jej Grzegorz Matusiak z Łącka, inżynier budownictwa mostowego, aktualnie pracujący przy budowie metra w Warszawie. – Cieszę się, że zostałem takim czarnym koniem pogoni za lisem, bo pewnie nikt na mnie nie stawiał – mówi Grzegorz Matusiak. – Oczywiście mam swoje konie już od 13 lat, ale nigdy wcześniej nie uczestniczyłem w tego rodzaju gonitwie z powodu nawału pracy zawodowej. Pewnie więc muszę być wdzięczny mojemu zwierzęciu, ambitnemu 3-letniemu Lucyferowi. Jaki jest sposób na wygraną w pogoni? Chyba nie ma żadnego. Z takim „lisem” jak pan Rozwód to nie dość, że należy jechać na 110%, wręcz szaleńczo, to jeszcze liczyć trzeba na łut szczęścia. Mnie się udało, po prostu…
Finał Hubertusa odbył się w pałacu w Luszynie. O dobre humory gości zadbali jego właściciele i współorganizatorzy imprezy, Jolanta i Mirosław Olszewscy.

T. Szat

Zobacz kolejny artykuł

Zapustnicy ze Szczawina Kościelnego. Odświeżyli polski zwyczaj

„Zapusty” to tradycyjnie ostatnie dni karnawału. Rozpoczyna je tłusty czwartek, a kończą ostatki. W polskiej …