Od 4 lat przywożą zupę i kanapki. Zimą także ciepłe kurtki i czapki

Kiedy cztery lata temu w Płocku rozpoczynały swoją „trawnikową” akcję pomagania osobom w kryzysie, miały tylko gar zupy ugotowanej w domu, przywiezionej autobusem na Bielską, baner akcji i czasami zdziwione spojrzenia osób przechodzących chodnikiem. Dziś mówią, że są wyposażone. Bo mają rozkładany stół, zapewniony dowóz na miejsce przy Bielskiej. A przede wszystkim wielu sympatyków, którzy przynoszą kanapki, ciasta, owoce, jedzenie, które zostało po sobotniej imprezie. Ale też koce termiczne, opatrunki czy małe zestawy do golenia dla mężczyzn. Całe worki ubrań, które mogą się jeszcze przydać. Od niedawna wśród tych sojuszników jest również lekarz, tak bardzo potrzebny w tym miejscu.
Na trawniku przy ulicy Bielskiej, tuż obok budynku poczty, dziewczyny prowadzące płocką odsłonę akcji „Jedzenie zamiast bomb” są w każdą zimową niedzielę od listopada do kwietnia. Osoby bez domu też. Czasami, gdy pada deszcz, to przychodzi ich mniej na zupę. – Dlaczego? Bo wie pani, jak się ma tylko jedno ubranie, jedne buty i jest mokro, to nie bardzo można je zmoczyć. Gdzie potem wysuszyć? Skąd wziąć następne? I kolejna sprawa to ciepły, suchy lokal. Czasami jest właśnie ten dylemat: pójść coś zjeść, czy zostać w suchym miejscu, w suchym ubraniu – mówi Anka Gajewska, motor napędowy płockiej odsłony akcji „Jedzenie zamiast bomb”.

W każdą niedzielę o 12.00…
Zaczynają punktualnie o 12.00, bez względu na to, czy są święta, mróz, pada deszcz czy świeci słońce. Miska z ciepłą zupą musi wylądować w rękach osób potrzebujących. – Czasami dla niektórych to jedyny posiłek w ciągu dnia. Dlatego tak ważne jest, byśmy tu były – mówią dziewczyny z „Jedzenia zamiast bomb”.
O swoim pomaganiu mówią, że „podrzucają ciepło”. Począwszy od ugotowanej w domu zupy, poprzez kanapki, ciasta czy wielką torbę kanapek z owocem – tzw. juniorek, zrobionych przez dziecko jednego z wolontariuszy. Do nich dołączają ludzie dobrych serc, którzy dodają coś od siebie. A to pizzę, a to jedzenie z imprezy, które zostało i pozwoli nakarmić kilkudziesięcioosobową grupę czekających w niedzielnej kolejce. Niekiedy podjedzie samochód z worami odzieży, czapek. – Jeśli o czapki chodzi, to sama zrobiłam ich chyba z 300. To co złapię do prucia, pruję i jak chińska maszyna zasuwam – czapka w jeden wieczór. Wszystkie się przydają, tak samo ubrania. Szczególnie kurtki, buty. Zimą rozdajemy też koce termiczne. Dla tych, co śpią w śmietnikach, altanach, tam, gdzie jest zimno – mówi Anka Gajewska.
W ciągu czterech lat w akcję zaangażowały swoje rodziny, znajomych. Bez reklam, bilbordów. Po prostu przychodziły i robiły swoje. Ktoś zobaczył, ktoś zapytał, ktoś w końcu przyszedł, przyniósł i tak się rozkręciło. A dziś, jak twierdzą dziewczyny z płockiej akcji „Jedzenie zamiast bomb”, różne cuda tu się zdarzają. – Kiedy zaczynałyśmy akcję „Jedzenie zamiast bomb” w listopadzie 2015, było w nas dużo nadziei na zmianę. Tak się nam marzyło, że senny Płock okaże się miastem ludzi solidarnych i wrażliwych. I nie pomyliłyśmy się – mówią dziewczyny o przesłaniu swojej akcji.

tekst i fot. T. Radwańska – Justyńska

Zobacz kolejny artykuł

Seniorzy rzadko pozwalają sobie na rozrzutność

Starsi ludzie przepracowali całe życie, nierzadko w jednym miejscu, a odchodząc na emeryturę dowiedzieli się, …

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Time limit is exhausted. Please reload the CAPTCHA.