Nie możemy iść do sklepu, bo śmierdzimy…

Mało kto wie, gdzie leży wieś Mokrzk, którą zamieszkuje około 100 osób. W Wikipedii na temat tej miejscowości jest jedno zdanie – wieś w Polsce, w powiecie płockim, w gminie Drobin, przed laty leżąca w granicach województwa mazowieckiego. Dla mieszkańców, którzy spędzili tam całe życie, to ojcowizna, której nie chcą oddać w obce ręce. Ale kto wie, może nawet będą musieli opuścić te ziemie.

Mieszkańcy Mokrzka są związani ze wsią całe życie. Niestety, ostatnie lata są coraz trudniejsze. Dawno temu, gdy ich sąsiadami była spółdzielnia rolnicza, jakoś się żyło. Potem tereny i budynki przejął największy przedsiębiorca z okolicy, który kilka lat temu pozbył się ich na korzyść aktualnego właściciela.
Nowy właściciel, jak na dobrego gospodarza przystało, zaczął zarządzać swoją firmą od zaproszenia wszystkich mieszkańców Mokrzka na piknik, gdzie był grill i piwo. Kilka osób zatrudnił, reszta zaczęła obserwować, co się będzie działo w starych chlewniach. Szybko okazało się, że nadal będą tam hodowane świnie, tyle że teraz będzie ich znacznie więcej niż kiedyś. A co za tym idzie, uciążliwości będą większe.
Jakie to uciążliwości? Przede wszystkim smród z chlewni. Wiosną wylewa się na pola gnojówkę, a codziennie od świtu po szutrowej drodze pędzą wielkie ciężarówki po trzodę. Ludzie nie mogą spać, dobija ich hałas i smród.
Ale nie protestowali. Mieszkają na wsi od narodzin i wiedzą, że zawsze były tam inne zapachy, niż w mieście. Coś w nich się załamało, kiedy dowiedzieli się, że dotychczas działające chlewnie, to za mało dla nowego przedsiębiorcy. Kolejna chlewnia powstanie po drugiej stronie drogi, w odległości około 10 metrów od najbliższych zabudowań. Wtedy nie wytrzymali i zaczęli sprawdzać, czy w swojej małej ojczyźnie mają coś do powiedzenia.
– My nie mamy nic do naszych sąsiadów, a jednocześnie pracowników chlewni. Chcemy tylko, żeby nowe nie zostały pobudowane 10 m od naszych domostw i żeby te już istniejące pracowały zgodnie z normami unijnymi. Czy to tak wiele? – pytają mieszkańcy na zwołanym przez siebie spotkaniu ze wszystkimi zainteresowanymi.
A pytają burmistrza Drobina, Andrzeja Samoraja i sekretarza gminy Piotra Jarzębowskiego, którzy wkrótce mają wydać decyzję o warunkach zabudowy chlewni w Mokrzku. Chcieli także zapytać inwestora, który również został zaproszony na spotkanie, ale ten do Mokrzka nie dojechał. „Reprezentowały” go dwie pracownice. Co prawda nie miały żadnych pełnomocnictw, ale i tak często zabierały głos w dyskusji.

Problemy zaczęły się kilka lat temu
Dziś mało kto pamięta, kiedy inwestor przyjechał do Mokrzka. – To było kilka lat temu. Po raz pierwszy się spotkaliśmy na grillu, były kiełbaski i piwo. Ktoś opowiadał, że inwestor nie dostał zgody na budowę chlewni w Mościskach, to kupił budynki u nas, a teraz zamierza się rozbudowywać – tłumaczą.

Jola Marciniak
fot. D. Ossowski

Zobacz kolejny artykuł

Kinga Mikołajczyk i jej miłość do jeździectwa

Wiele osób jest zakochanych w swoich pupilach. Psy i koty traktowane są czasem nawet jak …

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Time limit is exhausted. Please reload the CAPTCHA.