Stanisław Janicki w Książnicy Płockiej

– Moim zdaniem telewizja polega na tym, że prowadzący został zaproszony do domu, do rodziny takiej czy innej. Siadamy razem przy okrągłym stole. Pani domu przygotowała ciasteczka, każdy dostał kawę lub herbatę, a my siedzimy i rozmawiamy – mówił Stanisław Janicki. Krytyk filmowy, dziennikarz i reżyser był gościem Książnicy Płockiej.
Zanim został prowadzącym jednego z najsłynniejszych programów w historii telewizji – niedzielnej audycji „W starym kinie”, pasjonował się filmem współczesnym, zwłaszcza francuskim. Zachwycały go Nowa fala, Bergman, Rosselini, filmy, których obrazy na fali odwilży wyświetlano w polskich kinach. – Nie interesował mnie w ogóle przedwojenny polski film. Ale jak to w życiu bywa, zdecydował przypadek. Któregoś dnia zadzwoniła koleżanka ze studiów, która pracowała w telewizji. Przygotowała program o polskich powojennych reżyserach, a człowiek, który to prowadził, zachorował i nie było komu dokończyć nagrań. Wtedy to były audycje na żywo. Jak nie było prowadzącego to program leżał – opowiadał Stanisław Janicki. Propozycję przyjął, ale szybko pożałował decyzji z powodu trudnych warunków na planie. Kamera stała w odległości półtora metra. Z boku świeciły gigantyczne lampy filmowe. – Po prowadzeniu takiego programu byłem zlany potem od głowy do stóp. Ciągle mrużyłem oczy, bo nie byłem w stanie znieść tego światła. Nagrałem cztery programy i powiedziałem: nigdy więcej.
Jednak szybko przyszła kolejna propozycja – prowadzenie programu o starych filmach zagranicznych. – Dostaliśmy godzinę czasu w niedzielę, w południe i obietnicę, że mamy wolną rękę. Wtedy pomyślałem, że mogę robić coś samodzielnie. Gdy później na Zachodzie opowiadałem, że prowadzę godzinny program w telewizji, ludzie zastanawiali się, gdzie stoi mój najnowszy model mercedesa. A ja miałem syrenkę. Zarabiało się mało, ale mogliśmy robić program, jak chcieliśmy.
Pierwszy odcinek nosił tytuł „Nie tylko Trędowata”. Filmu nie trzeba było pokazywać. Widzowie znali go bardzo dobrze jeszcze sprzed wojny, z wielkiego ekranu. – To ja musiałem się uczyć. Nie odróżniałem wówczas Bodo od Aleksandra Żabczyńskiego. Z czasem dowiadywałem się coraz więcej o aktorach, reżyserach, operatorach, o tamtych czasach. To mnie wciągnęło, połknąłem bakcyla. Zawsze byłem ciekawy. Dlaczego Ina Benita jest taka, a Smosarska zupełnie inna? To była frajda, że można smakować te najlepsze komedie przedwojenne, melodramaty, filmy sensacyjne. Nigdy ich nie oceniałem w takim programie jak „W starym kinie”. Nie byłem po to, żeby widzów pouczać, ale po to, żeby spędzili przyjemnie i pożytecznie godzinę. Postanowiłem, że nie będę używał obcych słów, bo to miał być program dla wszystkich.
Stanisław Janicki ukończył studia na Wydziale Dziennikarstwa UW (specjalizacja filmowa).

Lena Szatkowska
fot. archiwum KP

Zobacz kolejny artykuł

Na Zaolziu kochają teatr

W Teatrze im. Jerzego Szaniawskiego gościł zespół Sceny Polskiej z Czeskiego Cieszyna. Aktorzy dwukrotnie zagrali …

Konkurs Pianistyczny im. Stefańskich rozstrzygnięty

– 30 lat się tutaj spotykamy, pięknie się starzejemy, i ciągle przychodzą młodzi, wspaniali, utalentowani, …