O 16.00 gram Florence, o 19.00 jestem Mirą

Z Magdaleną Tomaszewską, aktorką Teatru Dramatycznego w Płocku rozmawia Lena Szatkowska

Masz szczęście do prywatnych jubileuszy na scenie. Okrągłe urodziny w kostiumie Sroczki, rocznica ślubu w tytułowej roli w spektaklu „M. Zimińska”…
To jest piękna puenta. Sroczką z „Królewny Śnieżki” zaczynałam angaż w Płocku. W 2012 odeszłam robić swój teatr. 40-tkę znowu spędziłam jako Sroczka, ale rocznicę ślubu obchodziłam już jako Mira, ponownie w zespole płockiego teatru. Rocznica ślubu z ukochanym spektaklem to dobrze, gorzej, że bez pracującego za granicą męża. Wieczorem wróciłam z teatru do domu, otworzyłam szampana i powiedziałam: „Kochany, wszystkiego najlepszego”. I tyle naszych obchodów na odległość.
Dodam, że oba spektakle: „Królewnę Śnieżkę” i „M. Zimińską” zrobił reżyser Karol Suszka.
Spotkaliście się nie po raz pierwszy, ale tym razem to praca nad monodramem, w którym schodzisz ze sceny tylko na chwilę.
Karol Suszka potrafi stworzyć wspaniałą atomosferę. Przychodził na próby opanowany, spokojny. Gdy coś trzeba było zrobić inaczej, dawał wskazówki. „Monologu nie musisz mówić tak wszystkim: ręcami, nogami” – żartował. Ale to były uwagi zawsze przyjazne. Wytresował mnie wspaniale. Teraz często do siebie dzwonimy. Pyta, jak „Mira”, jak piosenki, jak publiczność. A ja opowiadam mu o kolejnych spektaklach.
Mira Zimińska – niekwestionowana gwiazda scen międzywojennych lubiła eleganckie stroje, dobre perfumy, auta i wykwintną biżuterię, którą była obsypywana przez admiratorów. W Ciebie nikt dotąd nie rzucił brylantową kolią albo chociaż broszką?
Kto wie, może na płocką scenę wpadnie jakiś lśniący drobiazg. To byłoby bardzo miłe, gdyby publiczność czymś takim we mnie rzucała. Mira jak Marilyn Monroe – nie pogardziłaby. Ja, Magda, też nie pogardzę i nawet mogłabym to przeznaczyć na szlachetny cel. Nie sztuką jest chować do puzder drobiazgi od osób, którym się podobamy, chcą nas uhonorować czy podziękować za pracę, którą wykonujemy na scenie, ale sztuką jest się dzielić. Dla mnie, jako aktorki, największą radością jest, że ten spektakl nie schodzi z afisza.
Czy zdarzają się inne dowody sympatii?
Po premierze były kwiaty, komplementy od przyjaciół i nawet, chociaż to wielka rzadkość – od szefa. Dyrektor Mokrowiecki to jest mój ojciec teatralny. Nieraz potrafił mnie dobić, wylać pięć ton cementu, przywalić głazem albo powiedzieć, że ze mnie nędzna imitacja Ćwiklińskiej. Ale bardzo go cenię.
Największym podziękowaniem publiczności są długo trwające owacje na stojąco i bisy.

Lena Szatkowka
fot. Waldemar Lawendowski

Zobacz kolejny artykuł

A wszakże M. Zimińska ma talent niezaprzeczalny

Wielu z tego miasta uciekało. Przede wszystkim do Warszawy. Dopiero po latach zdawali sobie sprawę, …

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Time limit is exhausted. Please reload the CAPTCHA.