Zamknąć szkoły czy pogonić rządzących? [FELIETON]

Czym to dziś, proszę Państwa, nie zajmuje się Najwyższa Izba Kontroli. Ten konstytucyjny organ powołany został do weryfikacji działalności przeróżnych organów administracji rządowej, Narodowego Banku Polskiego oraz innych państwowych i samorządowych jednostek organizacyjnych „z punktu widzenia legalności, gospodarności i rzetelności”, szczególnie w zakresie prawidłowości wydawania publicznych środków finansowych. Teraz ze zdumieniem dowiadujemy się, że NIK przygotował raport o problemach… ze zdawalnością egzaminu maturalnego z matematyki z wnioskiem o jego zawieszenie. Czy NIK nie przekroczył swoich kompetencji? Jego kontrola nie dotyczyła gospodarowania środkami publicznymi przez Centralną Komisję Egzaminacyjną oraz komisje okręgowe ani rzetelności wykonywania swoich zadań przez te instytucje państwowe, tylko problemu samej zdawalności wybranego przedmiotu maturalnego, a to z całą pewnością nie jest problem z zakresu kompetencji NIK-u.
To kuriozalne zachowanie NIK-u może wskazywać, że władza usiłuje wykręcić jakiś numer w oświacie na podobieństwo haniebnej amnestii maturalnej z lat 2006-2007. Co prawda MEN zaprzecza, ale na tym etapie rozgrywania sprawy, kiedy testuje się wrażliwość społeczną na nią, ktoś musi formułować szokujące wnioski, a MEN ma im kategorycznie zaprzeczać. Z czasem role się odwrócą. MEN będzie wprowadzał rozwiązania, Trybunał Konstytucyjny badał ich legalność, a faktów dokonanych cofnąć się nie da. Można podejrzewać, że to preludium do powtórzenia niechlubnych manipulacji oświatą, jakich dopuściła się ta sama władza przed laty decyzjami Romana Giertycha. Nie zaszkodziło to ani Giertychowi, ani samej władzy. Pan mecenas chętnie przyjmowany jest na salonach przez demokratyczną opozycję, mimo że złamał konstytucję, której ta opozycja teraz tak zawzięcie broni, a PiS bez przeszkód powrócił do rządzenia.
Zdawalność matematyki na maturze jest rzeczywiście najniższa wśród przedmiotów obowiązkowych i rok temu wyniosła 83%, ale już średni wynik z tego przedmiotu (56%) wśród tych, którzy zdali egzamin, był w ubiegłym roku wyższy od średniego wyniku z j. polskiego (55%), a wynik na poziomie rozszerzonym (29%) nie odstawał zbytnio od wyników z fizyki czy chemii. Skąd więc takie absurdalne larum przy jednoczesnym milczeniu o żenujących wynikach z języka ojczystego, z historii (32%) albo z wos-u (28%)? Sytuacja jest poważna, choć ani o jotę nie gorsza niż za poprzedniej władzy. Ani jedni jednak, ani drudzy nie widzieli i nie widzą problemu w tym, że do liceów trafili po gimnazjach słabsi uczniowie i aby ich prawidłowo wyedukować, trzeba stworzyć odpowiednie narzędzia (podręczniki!) i przeznaczyć na naukę kluczowych przedmiotów więcej godzin. Nie da się nauczyć dobrze matematyki (przekazać teorię, wyprowadzić wzory i wyćwiczyć rozwiązywanie zadań), rezerwując na to zaledwie trzy godziny tygodniowo. Tak samo nie da się wyćwiczyć kluczowych kompetencji z zakresu języka ojczystego w przeznaczonym na to czasie – w obecnej i w planowanej szkole. Chora oświata potrzebuje szokującej terapii, ale na taką nie mają w tym kraju głowy ani pobożni, ani bezbożni obywatele. Może więc niedługo trzeba będzie zawiesić wszystkie egzaminy i zamknąć szkoły. Albo pogonić rządzących.

Wiesław Kopeć

Zobacz kolejny artykuł

Dzienna zmiana

Trudno policzyć wszystkie kataklizmy, jakie zagrażały, zagrażają, bądź wkrótce mogą zagrozić naszej planecie. Kto jeszcze …