Widziane ze skarpy… [FELIETON]

Sądy to jeden z najczęściej goszczących w mediach tematów. Wiadomo, spektakl pod tytułem „Reforma sądownictwa” nieuchronnie zbliża się pod względem długości tak zwanego „czasu antenowego” do rekordu należącego do „Klanu”. Ale ja nie o tym, a o nowym stosunkowo zwyczaju (przynajmniej jeśli chodzi o skalę zjawiska) wytaczania cywilnych procesów o zniesławienie, czy też, jak kto woli, obrazę. Właśnie zapadł wyrok w takim procesie, który byłemu prezydentowi wytoczył prezes partii obecnie rządzącej. Tym razem chodziło o pomówienie ciężkiego kalibru, bo o spowodowanie katastrofy lotniczej z dziewięćdziesięcioma sześcioma ofiarami. Ale znacznie częściej są to sprawy z rodzaju „jedna pani drugiej pani…”. Jeśli „panie” (płeć nie ma tu znaczenia, stąd cudzysłów) należą do sfer wyższych (brak cudzysłowu wynika z ostrożności procesowej), to sprawa najczęściej znajduje finał w sądzie właśnie. W przeciwnym wypadku wariant najbardziej radykalny wygląda tak, że adwersarze chwycą się za fryzury albo nakładą sobie po gębie (w zależności od płci biologicznej).
Drzewiej bywało inaczej. W sferach wyższych funkcjonowało pojęcie honoru. Nakazywało obrażonemu zareagować poprzez spoliczkowanie adwersarza i wyzwanie go na pojedynek. Brzmi to groźnie i z dzisiejszej perspektywy wygląda na barbarzyństwo. I przez długie wieki takie było. Pojedynek kończył się śmiercią jednego z uczestników. Z czasem zasady złagodzono i w kodeksach honorowych widniały na przykład takie zapisy: w zależności od wcześniejszych ustaleń, pojedynki były prowadzone do upływu uzgodnionego czasu (w przypadku walki na broń białą), wykonania wszystkich strzałów (nawet jeśli były chybione), pierwszej lub drugiej krwi (zranienia), niezdolności pojedynkowej (rana używanej ręki czy omdlenie), śmierci jednego z walczących (w późniejszych kodeksach honorowych uznany za niedopuszczalny). Niebezpieczeństwo utraty życia radykalnie się zmniejszyło, choć jakieś ryzyko pozostało. Ktoś mógłby powiedzieć, że honor potaniał…
Z czasem obyczaj ten „zstąpił pod strzechy” i pojedynki uchowały się w narodzie pod postacią bójek na pięści, starć na sztachety na wiejskich zabawach, czy ustawek „kibiców” (w formie zmagań zespołowych). Zwyczaj policzkowania, dziś zwany „przyłożeniem z liścia”, może być sygnałem do rozpoczęcia bójki, ale jako zachowanie z kodeksu honorowego odpada. Przede wszystkim dlatego, że takiego kodeksu nie ma! Szanowni Czytelnicy pamiętają zapewne, jak to najbardziej kontrowersyjny polski polityk spoliczkował swojego kolegę po fachu. Powód? „Gdy zrobiłem ustawę lustracyjną, on pojawił się na mównicy sejmowej, nazwał mnie idiotą i oszołomem, że mogę go podejrzewać. Parę lat później przyznał się, że był agentem. Nie przeprosił mnie”. Wyrok? Dwadzieścia tysięcy grzywny za naruszenie nietykalności cielesnej… Honor??

Jerzy Ogonowski

Zobacz kolejny artykuł

Widziane ze skarpy… [FELIETON]

Nie jestem pedantem, ale numeruję publikowane na tym miejscu teksty. Sam nie wiem po co… …