Widziane ze skarpy… [FELIETON]

Są już wyniki wyborów, zatem czas na pierwsze, na gorąco nasuwające się refleksje. Pogłębiona analiza wymaga dystansu – czasowego i emocjonalnego. Jeśli spojrzymy na to, co się wydarzyło w skali kraju, to widać wyraźną tendencję do eliminowania z poważnej gry mniejszych ugrupowań, które powoli in gremio redukują się do roli planktonu politycznego. To są wybory samorządowe, tu trudno o jednoznaczny werdykt, kto wygrał, a kto poniósł porażkę, niemniej jednak wyniki do sejmików jednoznacznie potwierdzają powyższą tezę. Na scenie pozostali dwaj poważni gracze. A ten trzeci, tradycyjnie mocny w te klocki został zredukowany do roli języczka u wagi, a może nawet, choć to na razie ryzykowne stwierdzenie, przystawki. Na razie… Liczby są nieubłagane. A są to wszędzie liczby jednocyfrowe. Razem siedemdziesiąt mandatów wobec stu pięćdziesięciu siedmiu przed czterema laty… Resztówka po byłej przewodniej sile narodu ugrała jedenaście, a inicjatywy pozapartyjne przekształciły się w pozamandatowe (dziewięciu radnych Bezpartyjnych Samorządowców litościwie pominę). Nie drgnęło w dużych miastach, ale tu dominacja jednego gracza była zawsze wyraźna. O przyczynach może innym razem…
W naszym pięknym mieście status quo utrzymane, ale zgodnie z wyżej opisaną tendencją krąg dzielących tort w ratuszu zawęził się do trzech graczy. I kawałki podobne jak cztery lata temu. Mandatami po wyeliminowanych z gry pogrobowcach „partii” podzielili się solidarnie dwaj najwięksi gracze. Nie pojawił się na scenie żaden komitet niepartyjny, przed czterema laty było ich cztery. I wygląda na to, że potencjalni chętni do takich działań mieli rację, rezygnując z tłoczenia przysłowiowej pary w gwizdek. Przy obecnym systemie liczenia głosów (metoda D’Hond’a) do zdobycia mandatu potrzeba takiej liczby głosów, że pięcioprocentowy próg to czysta fikcja. W naszym pięknym mieście był kandydat startujący z takiego komitetu, któremu osiemset trzydzieści siedem głosów nie wystarczyło. Tymczasem radnym został startujący w barwach jednego z wielkich zdobywca czterystu czterdziestu głosów. Oczywiście można tu snuć rozważania co do sensowności takiego systemu, ale po co? Gra się według tych reguł, które obowiązują, a nie według takich, które skłonni bylibyśmy uznać za sprawiedliwe. Albo nie gra się wcale! A poza tym wszystkim można by dyskutować, czy na pewno taki obrót sprawy jest dla mieszkańców niekorzystny. Może lepiej, by miastem rządzili zawodowcy, czyli sprawdzeni w bojach i poddani presji odpowiedzialności przed partią działacze niż, z całym szacunkiem dla dobrych chęci, polityczni amatorzy, którzy skrzyknęli się na okoliczność wyborów?

Jerzy Ogonowski

Zobacz kolejny artykuł

Po wyborach… [FELIETON]

Tytuł na pierwszej stronie wiadomej gazety w poniedziałek, po ogłoszeniu sondażowych wyników wyborów: PiS wygrywa …