Święta, ale jakie? [FELIETON]

Święta Bożego Narodzenia mają tę właściwość, że obchodzą je nawet ateiści i wrogowie Kościoła, to znaczy ubierają choinkę, robią sobie prezenty, a nawet dzielą się opłatkiem. Prawda jest taka, że święta te tak mocno wrosły nam w krew, że inaczej już ich przeżywać nie potrafimy i sami nie wiemy, co świętujemy, nawet śpiewając kolędy, ubierając choinkę, zasiadając do wigilijnego stołu, czy idąc na pasterkę. Wszystko to robimy zwyczajowo, powierzchownie, bez namysłu, wykorzystując tę cudowną miłą atmosferę, jaką emanuje ten czas w naszym kalendarzu. Dużo racji ma zatem profesor Stanisław Żerko czyniąc wpis na Twitterze, który wywołał taką burzę wśród internetowych komentatorów: „Dla większości Polaków te święta już od dawna nie mają charakteru religijnego lub ten charakter nie jest dla nich najważniejszy. To tradycja, kultura, polskość, spotkania rodzinne, miła atmosfera, wspomnienia z dzieciństwa. To też wartość, nie niszczcie tego religijną gorliwością”.
O ile początek tego wpisu jest trafną diagnozą zanikającego stanu świadomości o sakralnym charakterze świąt, o ich związku z religią, to jego druga część wzywająca wierzących do zaniechania gorliwości i niezatruwania pozostałym tego słodziutkiego charakteru „ich świąt” wydaje się czymś niezrozumiałym, choć jest w tym rozumowaniu bardzo czytelny znak czasu. Święta oderwały się od swoich korzeni na tyle mocno, że powrót do nich wydawałby się czymś nienaturalnym i dziwacznym. Więcej, religijne przeżycie świąt narodzin naszego Pana domagałoby się zmiany sposobu życia, na przykład zaniechania sporów politycznych, a przynajmniej wyeliminowania z nich nienawiści, agresji, kłamstwa, być może także wymuszałoby zaniechanie wyzysku pracowników przez pracodawców, i w ogóle miłe i życzliwe traktowanie się nawzajem. Ale na to przecież pozwolić sobie nie możemy. Ucierpiałaby i gospodarka, i polityka, które nie lubią sentymentów.
Dlatego, kiedy patrzę w tych dniach na świątecznie przystrojone miasta, przypomina mi się wypowiedź pewnego francuskiego rysownika, który po zamachach w 2015 roku, kiedy świat współczuł i modlił się za Paryż, odpowiedział trochę przewrotnie: „Przyjaciele, nie potrzeba nam teraz więcej religii. Naszą wiarą jest muzyka, pocałunki, życie, szampan i zabawa!”. Możemy się śmiać, burzyć lub dziwować, ale ta wiara dociera w tempie Formuły 1 także do nas i za chwilę przestaniemy, już w zasadzie przestaliśmy, rozumieć i naszą religię, naszą wiarę, i sam Kościół, który jest jej strażnikiem. Przestając rozumieć to wszystko, przestajemy rozumieć także same święta, przestajemy rozumieć samych siebie. Być może, aby dostosować się do nastroju i starając się bardzo gorliwie nie zepsuć go innym, stosujemy się do instrukcji, mnożących się także u nas, jak nowocześnie świętować, żeby, broń Boże, nie miało to nic wspólnego z wielkim wydarzeniem historycznym sprzed ponad dwóch tysięcy lat, jakim było Wcielenie Boga w człowieka, którego skutkiem była potem Kalwaria, odkupieńcza Ofiara, w wyniku której ten Bóg zamienił swoje umęczone ciało w Hostię, pozostawioną na pokarm dla umocnienia dźwigających się z grzechu, by mogli narodzić się do nowego życia mocą tego sakramentu. Bo sakrament, jak to pięknie i wyjątkowo celnie ujął kiedyś Leszek Kołakowski, tak, ten sam, marksista i komuch, stwarza człowieka na nowo (miał na myśli przede wszystkim sakrament spowiedzi). Może warto pamiętać o tym w te święta wbrew obowiązującej poprawności. Wszystkiego najlepszego.

Wiesław Kopeć

Zobacz kolejny artykuł

Staszek w biznesie, czyli sport po płocku [FELIETON]

„Staszek chciał się sprawdzić w biznesie” – w ten sposób w 2001 r. minister skarbu …