„Przełomowe orzeczenie“ [FELIETON]

Zacofany „Słownik języka polskiego” Państwowego Wydawnictwa Naukowego w zacofanym kraju przywiślańskim we wschodnich rubieżach Unii Europejskiej dla zacofanych tubylców definiuje wciąż małżeństwo jako „związek kobiety i mężczyzny usankcjonowany prawnie”, podkreślając też, że „para małżeńska to mąż i żona”. Ta definicja odzwierciedla stan rzeczy znany i opisywany w literaturze co najmniej od dwóch tysięcy lat i nie wydaje się, by można było sobie ją dowolnie zmieniać. A usiłuje to czynić na naszych oczach agresywna propaganda homoseksualna, która chce zawłaszczyć tradycyjny język dla swoich celów, raniąc nasze rozumowe poczucie rzeczywistości i nazywając swe „homozwiązki” małżeństwami. Niechby już zachowali te swoje „związki partnerskie” czy „związki jednopłciowe”, ale na litość Boską nie „małżeństwa”, nie „mąż i żona”, szczególnie tam, gdzie co najwyżej można mówić o „dwóch mężach” albo „dwu żonach”, co dla ludzi zasiedziałych w tradycyjnym języku brzmi jak absurd. Nie staje się czarne białym tylko dlatego, że je tak nazwiemy. Nie możemy sobie też dowolnie manipulować językiem, bo nazywanie rzeczywistości odzwierciedla też nasze jej postrzeganie i wartościowanie.
Przez język wychowujemy przecież nasze dzieci, przekazujemy im wiedzę o świecie i uczymy oceny zjawisk w nim występujących. Dlatego też obok słowa „małżeństwo” istniało w języku słowo „konkubinat”, dzięki któremu mogliśmy odróżniać różne warianty związków, do pewnego czasu wyłącznie różnopłciowych. Nie rozumie tego Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej, który w tych dniach wydał „przełomowe orzeczenie”, jak pieją z zachwytu środowiska mniejszościowe, narzucając wszystkim państwom członkowskim Unii, i tym, które zalegalizowały tego typu związki, jak i tym, które tego nie uczyniły, obowiązek respektowania unijnego nazewnictwa i wynikających stąd konsekwencji prawnych. Dosłownie w komunikacie Trybunału czytamy: „Chociaż państwa członkowskie mają prawo decydowania, czy chcą dopuścić możliwość zawierania małżeństw homoseksualnych, to nie mogą naruszać swobody pobytu obywatela Unii na swoim terytorium, odmawiając wydania jego mającemu tę samą płeć współmałżonkowi, będącemu obywatelem państwa nienależącego do Unii, pochodnego prawa pobytu na swoim terytorium”.
W komentarzach do wyroku zwrócono uwagę, że fundamentalne znaczenie ma w nim użycie słowa „współmałżonek” – jakby dotąd nie było pewne, czy można odnosić je także do osób tej samej płci. Odtąd wiadomo, że można i kto by tego nie uznawał, wejdzie w konflikt z unijnym prawem, niezależnie, czy na jego terytorium uznano takie związki. Brzmi to jak dyktat pod adresem inaczej myślących, jak narzucanie siłą, bo przez instytucję sądową, nowego rozumienia fundamentalnych pojęć naszej kultury i cywilizacji, które na zawsze zmieni jej oblicze. Taki sposób rozumowania haracze umysły naszych dzieci, które łykają te europejskie pseudowartości jak powietrze i dziwią ich opory starszych. No bo po co się opierać, skoro tyle w tym miłości i tolerancji. A czy może być coś ważniejszego od miłości i tolerancji? Przecież chyba nie prawda?

Wiesław Kopeć

Zobacz kolejny artykuł

Widziane ze skarpy… [FELIETON]

Przysłowie powiada, że dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane. Władze naszego pięknego miasta powzięły swego czasu …

Papież w Irlandii [FELIETON]

Nie sposób nie zauważyć pielgrzymki papieża Franciszka do Irlandii. Z kilku powodów. Po pierwsze Polska …