Jaka szkoda… [FELIETON]

Fort Trump odjeżdża – obwieszcza wielkimi literami na pierwszej stronie „najbardziej opiniotwórcza gazeta w kraju”. „I mamy się cieszyć, bo jak nie – wróci temat żydowskiego mienia”. I dla wzmocnienia przekazu pamiętna fotka z Gabinetu Owalnego. Podpisywanie deklaracji o współpracy. Amerykański prezydent siedzi w fotelu, polski składa autograf na stojąco. „Najważniejszy sojusznik” nie wpadł na to, by mu dostawić krzesło, czy choćby taboret… W języku naszych zachodnich sąsiadów taki obrazek określa się terminem „Schadenfreude”! Tak mniej więcej wygląda w naszym pięknym kraju debata publiczna na temat bezpieczeństwa państwa. Czyli wypełniania tegoż państwa najważniejszej funkcji. Bo jak to państwo będzie wykonywać inne zadanie, jeśli na skutek skutecznej agresji z zewnątrz przestanie istnieć?
Co zatem czynić? To pytanie do fachowców od wojskowości i dyplomacji. Ale tak po amatorsku można wymienić trzy filary bezpieczeństwa państwa: możliwie silna armia, trafnie dobrane sojusze i zdolność obywateli do samoobrony. A jak jest u nas? W drodze do zbudowania armii zdolnej do jako tako skutecznej obrony przed poważnym agresorem jesteśmy na początku. Po „uzawodowieniu” mamy pod bronią około stu tysięcy ludzi, z czego mniej więcej trzy czwarte to tak zwani „biurowi żołnierze”. Do tego około dwudziestu tysięcy w Narodowych Siłach Rezerwowych. Dla porównania w czasie wojny 1920 r. na ogólny stan Wojska Polskiego wynoszący 943 976 żołnierzy, na froncie znajdowało się 348 284 żołnierzy. We wrześniu 1939 r. zmobilizowano ok. 900 tys. żołnierzy, z 1350 tys. planowanych. Oczywiście to inne czasy, ale biorąc pod uwagę liczbę ludności (35 milionów w 1939 roku i 27 milionów w 1920), trudno uznać dzisiejszy „wysiłek zbrojny” za imponujący. A trzeba dodać, że na wypadek wojny po uzawodowieniu armii nie bardzo jest kogo zmobilizować, nawet do działań pomocniczych i zabezpieczających na zapleczu „teatru działań wojennych”. Przeciętny Polak nie ma pojęcia o obsłudze zwykłego pistoletu, o bardziej skomplikowanej broni nie wspominając…
A sojusze? Cóż, w tym samym numerze cytowanej gazety mamy odpowiedź szefa największej partii opozycyjnej na apel prezydenta Francji. Oto garść cytatów… Kluczem do wspólnego sukcesu jest bowiem właśnie zdolność obronna, transatlantycka tam, gdzie tylko można i autonomiczna tam, gdzie inaczej się nie da…Chcemy to robić z Francuzami i Niemcami, z Łotyszami i Belgami, a najlepiej także z Brytyjczykami… Koniec cytatu. Co z niego wynika? Ano tyle, że kluczem do sukcesu jest zdolność obronna transatlantycka (czytaj: amerykańska), a jeśli „inaczej się nie da” to… Nie umiem ocenić wartości bojowej Łotyszy czy Belgów (Holendrów owszem!), ale mogę przywołać stary dowcip o skrzyni biegów w czołgu francuskim i dane o stanie technicznym śmigłowców Bundeswehry…

Jerzy Ogonowski

Zobacz kolejny artykuł

Pali się! [FELIETON]

I stało się! Zawyły syreny! Pożar! Trochę późno, bo paliło się od dawna, ale jak …