Felieton – Wolność też ma granice

Stanisław Wyspiański był wizjonerem teatru, ale w najśmielszych swoich wizjach nie przewidział tego, co w jego jakże bardzo poruszającą, na miarę największych antycznych tragedii skrojoną „Klątwę” włoży w Teatrze Powszechnym w Warszawie chorwacki skandalista Oliver Frljić, wynajęty, zdaje się, za państwowe pieniądze do reanimowania podupadającej dziś, dużo znaczącej kiedyś warszawskiej sceny. Niektórym artystom wydaje się, że czego się nie dotkną, od razu zamienia się pod ich ręką w sztukę, a gdy odbiorcom tak się nie wydaje, od razu odgrywają strasznie pokrzywdzonych męczenników. Tymczasem wcale nie często się zdarza, że z materii odpowiedniej dla danej dziedziny sztuki wykluje się prawdziwe arcydzieło, przed którym chylimy czoła, składając artystom należny hołd. Częściej nawet jest tak, że powstają dzieła przeciętne, którym miana wytworu artystycznego odmówić nie można, ale trudno nazwać je dziełami sztuki, trudno się też nimi zachwycać. Ostatnio przeżyłem takie rozczarowanie inscenizacją Mickiewiczowskich „Dziadów” na deskach Teatru Narodowego w reżyserii genialnego litewskiego reżysera Eimuntasa Nekrošiusa. Może i ten Nekrošius genialny jest, ale o jego nudnych „Dziadach” tego powiedzieć się nie da.
A „Dziady” czytam co roku i wciąż doświadczam za ich sprawą poruszających przeżyć, szczególnie w części trzeciej, którą reżyser potraktował najbardziej z buta, każąc aktorom mówić niedbale tekst i odgrywać prześmiewcze, karykaturalne sceny, z których najbardziej niedorzeczna była ta z przebraniem księdza Piotra w damskie czerwone rajstopy opuszczone do połowy ud. W rezultacie otrzymaliśmy nie księdza, tylko bociana. A ponieważ ujeżdżanie na księdzu stało się w tej chwili bardzo modne, to i krytyce się to bardzo podobało i zaraz zaliczyła inscenizację Litwina do artystycznej ekstraklasy. Tak dobrych notowań „Klątwa” z Powszechnego jeszcze się nie doczekała i być może w ogóle nie doczekałaby się szczególnego zainteresowania, gdyby nie atmosfera skandalu, jaki wokół niej rozpętano.
Artyście zazwyczaj przyznaje się więcej wolności niż zwykłemu człowiekowi, ale nigdy nie może to być wolność bezgraniczna. Także w sztuce, jeśli chce pozostać sztuką, obowiązują pewne zasady, konwencje, pewien język, zestaw środków, w ramach których artysta wyraża idee. Niektórym się wydaje, że sztuka pozostaje poza oceną moralną i można w niej pokazać lub powiedzieć wszystko, podlega natomiast wyłącznie ocenie artystycznej. Otóż nieprawda. Sztuka, jak każda działalność człowieka, podlega różnym osądom, w tym osądowi moralnemu. Ten osąd musi być ostrożny i wyważony, bo przecież on w prostej linii nie oznacza, że jeśli artysta ukazuje na scenie zło, to do zła zachęca. Często właśnie jest przeciwnie, przed złem ostrzega, złem przeraża. Natomiast są granice dla pewnych czynów, gestów, aktów, nawet gdyby miały się znaleźć w arcydziele. Dlatego nie sądzę, że powinniśmy zacisnąć zęby i zmilczeć prowokację z figurą Jana Pawła II w „Klątwie”, choćby miała być tylko perfidnym poigrywaniem na naszych emocjach na użytek marketingu. I nie chodzi nawet o cały spektakl, tylko o niektóre z użytych w nim środków, i niekoniecznie metodami, po które sięgają nasi bracia muzułmanie w obronie czci Proroka. W imię zresztą życzenia autora samej „Klątwy”, który z górą sto lat temu upominał, żeby „świętości nie szargać, trza by świętymi były”.
Wiesław Kopeć

Zobacz kolejny artykuł

Pali się! [FELIETON]

I stało się! Zawyły syreny! Pożar! Trochę późno, bo paliło się od dawna, ale jak …