Felieton – Wiesław Kopeć

Lekcja kindersztuby

Janusz Korwin-Mikke zapowiedział jakiś czas temu, że jak spotka pana Michała Boniego, „da mu w mordę”. Jak powiedział, tak zrobił. Paręnaście dni temu obiegła Polskę wiadomość, że na spotkaniu europosłów w MSZ-ecie panowie natknęli się na siebie i pan Korwin wytrzaskał „po pysku” (to cytat z „Wesela”) pana Michała Boniego. Postawione zostały w stan gotowości najwyższe czynniki rządowe. Ministerstwo Spraw Zagranicznych bierze w obronę pokrzywdzonego i kieruje sprawę do prokuratury. Tymczasem nie mieliśmy do czynienia z pobiciem, tylko z symbolicznym spoliczkowaniem o charakterze wyrównania długów honorowych. Kiedyś w podobnej sytuacji ludzie się pojedynkowali, teraz procesują się w sądzie. Sam „pokrzywdzony” w tym przypadku zachował się jakoś tak nijako, podkulił ogonek, skrył się za plecami urzędników z MSZ-etu, którzy za niego mają teraz skarżyć pana Mikkego. Być może pan Boni zdaje sobie sprawę, że zasłużył na honorowe rozwiązanie trochę już może zadawnionej sprawy. Choć kto wie, czy zadawnionej. Sprawy honorowe nie przedawniają się przecież tak szybko. Wiedzą coś o tym czytelnicy prozy Conrada.

Zszarganego honoru trzeba bronić. Rozumie to pan Korwin, dlatego sprawę urażonej godności własnej rozwiązał honorowo, czego w ogóle nie rozumie się w czasach pozbawionych honoru, dlatego nie ustaje szczucie na lidera Nowej Prawicy. O co poszło? Ano poszło o lustrację i obraźliwe słowa, jakie był wypowiedział paręnaście lat temu i do tego publicznie w telewizji pod adresem pana Mikkego. Z czasem okazało się, że to pan Boni jest człowiekiem niskiego morale, przez lata kłamał, że nie był agentem peerelowskiej bezpieki, zmienił jednak zdanie, gdy zwąchał intratną posadkę w sferach rządowych. Aby ją jednak chapnąć, musiał powiedzieć prawdę, jak to z tą współpracą było, bo ustawa jest tak skonstruowana, że nie wyciąga konsekwencji za fakt współpracy, ale zmusza do przyznania się.

Pan Boni nie miał więc wyjścia. Aby móc się bez reszty oddać zasługiwaniu za przyzwoite pieniądze dla uciemiężonej ojczyzny, która bez pana Boniego na pewno byłaby uciemiężona jeszcze bardziej, musiał się w końcu przyznać. No i przyznał się, co sprzyjające mu kręgi opiniotwórcze przyjęły z wielkim uznaniem, zapominając, że kandydat na ministra wcześniej przez całe lata szedł w zaparte, że było inaczej, a przy okazji obrażał innych. Jednak ludzie nieco bardziej rozgarnięci zauważyli, że pan Boni jest człowiekiem małym, że to zwykły kłamczuszek, któremu prawdomówność wróciła dopiero wtedy, kiedy pieniądze rządowe przestały mu śmierdzieć. Korwin zaś zapowiedział, że pan Boni za obraźliwe słowa dostanie w mordę. Pan Korwin nie musiał postępować tak drastycznie. Mógł wnieść sprawę do sądu. Sąd po paru latach sprawę by umorzył, powołując się na klauzulę niskiej społecznej szkodliwości czynu. Bo i jaka tu szkodliwość, kiedy nikt nie rozumie znaczenia honoru. Pan Korwin jednak rozumie, dlatego wolał sprawę rozwiązać po dawnemu i samodzielnie. I rozwiązał, dając nam wszystkim wymagającą lekcję kindersztuby. Czy zostanie jednak dobrze zrozumiana?

Zobacz kolejny artykuł

Widziane ze skarpy… [FELIETON]

Już sobie ostrzyłem zęby na komentarz do kolejnego wydania afery taśmowej (serial ten ciągnie się …