Felieton – Wiesław Kopeć

Zagadkowy film

Mimo że „Ida” Pawła Pawlikowskiego, Polaka działającego w Wielkiej Brytanii, jest filmem znanym co najmniej od roku, dawno zrecenzowanym i wyróżnionym na wielu pomniejszych festiwalach świata, dopiero teraz po zdobyciu Oscara stała się prawdziwym „problemem”. A ponieważ Oscarowi w świecie filmu przyznano tę rangę, co Nagrodzie Nobla w literaturze, to jest zrozumiałe, że dzięki tej nagrodzie film ma szansę podbić świat, może się nawet stać problemem społecznym w skali globalnej, w sprawie którego nasze MSZ, kierowane przez szalenie kompetentnego pana Schetynę, będzie musiało interweniować tak samo często jak w sprawie „polskich obozów śmierci”, które 70 lat temu ustanowiła czcigodna Zofia Nałkowska w innym dziele sztuki – co prawda nie wyróżnionym Oscarem, ale i tak dobrze się przyjęło. Dzięki temu MSZ, a także niezawisłe sądy na całym świecie mają zajęcie do dziś. Jeśli o to samo chodziło twórcom filmu i Amerykańskiej Akademii, to zdaje się, że osiągnęli swój cel.
O „Idzie” od dłuższego czasu mówiono różne dobre rzeczy, ale dopiero Oscar naprawdę rozpalił dyskutantów z branży filmowej oraz publicystów innych branży, a nawet tzw. polityków z lewej i prawej strony rodzimego teatrzyku politycznego. „Ida” stała się problemem „politycznym”, ma zatem szansę odwrócić naszą uwagę od istotnych problemów społecznych na jakiś czas, potem znajdzie się oczywiście jakiś inny stosowny temat (poniżonego Kamila Durczoka też zastąpi jakiś inny nieszczęśnik). Licytowanie się, kto najgoręcej uwielbi „Idę” i kto ją najbardziej poniży dobrze służy sprawie. Opluwanie się obustronne zwolenników i przeciwników jest przy tym jak najbardziej stosowne, wskazane i szczególnie wysoko punktowane. Czy film jest tego wart? Kto zna choćby niektórych konkurentów „Idy” w wyścigu do nagrody, jak estońsko-gruzińskie „Mandarynki”, czy rosyjskiego „Leviatana” (oba filmy wyświetlane w Płocku), ten nie ma wątpliwości, że o wyróżnieniu musiały decydować inne przesłanki niż czysto artystyczne.
Film jest oczywiście bardzo ładny, a przy tym wyjątkowo nowatorski. Forma góruje nad treścią. Kto jest wrażliwy, znajdzie tutaj nawiązania do co najmniej dziesięciu innych reżyserów filmowych i kilku wytrawnych malarzy europejskich z Vermeerem z Delft na czele (urzekające spojrzenia cudownie unieruchomionej Agaty Trzebuchowskiej). Nowatorstwo sięga zresztą nie tylko warsztatu filmowego, wnika nawet w sferę treści. Podziwiać trzeba odwagę reżysera, że w tak stylowych fotografiach ukazał nowe spojrzenie na XX-wieczną historię. Nazwijmy je może spojrzeniem zagadkowym. Bo film ukazuje historię przede wszystkim w bardzo zagadkowy sposób. Dwie zagadki wysuwają się na plan pierwszy. Dlaczego Niemcy nie brali udziału w II wojnie światowej i dlaczego polska rodzina najpierw uratowała rodzinę żydowską (przed kim?), a następnie ją zamordowała? To są wielkie tematy-zagadki, godne wyrafinowanego stylu, na które reżyser zgodnie z nowoczesnymi standardami nie odpowiada. Miłego zatem oglądania i rozwiązywania zagadek. Za ich rozwiązanie twórcy filmu i Amerykańska Akademia powinni ustanowić jakąś specjalną nagrodę – coś na miarę „MiniOscara”. Dziatwa szkolna jest obecnie taka interesowna.

Zobacz kolejny artykuł

Pali się! [FELIETON]

I stało się! Zawyły syreny! Pożar! Trochę późno, bo paliło się od dawna, ale jak …