Felieton – Wiesław Kopeć

Z frontu wojny ideologicznej

Problem z konwencją antyprzemocową jest taki, że z jednej strony trudno polemizować z potrzebą przeciwdziałania jakiejkolwiek przemocy, jeszcze bardziej przemocy wobec kobiet, w tym przemocy domowej, a z drugiej trudno się nie zdziwić, że w konwencji jednostronnie w dobie równouprawnienia staje się w obronie kobiet, kiedy w czasach pewnego rodzaju masculinizacji płci żeńskiej problem dotyczy także niemałego odsetka mężczyzn. Ale to tylko drobiazg. Problem jest dużo głębszy. Rację wydają się mieć ci krytycy dokumentu, którzy zwracają uwagę, iż „wszystko wskazuje na to, że ustawa została przyjęta nie w wyniku merytorycznej, rozumnej oceny, ale jakiegoś ukrytego dyktatu”. Co to byłby za dyktat, który godzi w racjonalność, tak cenną zdobycz naszej kultury? Nietrudno oczywiście go wskazać. To jest ten sam dyktat, który zmusza nas od lat do wyrzeczenia się wartości polskich, czyli także prawdziwie europejskich, na rzecz wartości „europejskich”, podyktowanych przez tzw. instytucje europejskie.
A to nie jest to samo. Masoneria, która jest głównym propagatorem owych liberalnych wartości, tzw. „standardów”, nie ukrywa, że kierunek jej działań jest jednoznaczny. Chodzi o rozmontowanie systemu pojęć, który przez wieki stanowił fundament tożsamości europejskiej. Ich źródłem były na równi religia chrześcijańska i klasyczna filozofia grecka, a fundamentem spajającym życie społeczne – rodzina zbudowana na gruncie małżeństwa kobiety i mężczyzny, czyli jasnego rozróżnienia płci, a oprócz tego racjonalna i wymagająca moralność. Inaczej jest w omawianym dokumencie. Pod pozorem słusznych i prawidłowych działań antyprzemocowych sączy się truciznę „poprawnego politycznie” myślenia, w myśl którego trzeba dogodzić wszystkim dziwakom, którzy zgłaszają dzisiaj aspirację do szczęśliwego życia.
Na usługi tego procesu zatrudniono mętną terminologię. Otóż, konwencja, zgodnie z duchem masońskiej antropologii, wymienia obok znanej wszystkim płci biologicznej tzw. „płeć społeczno-kulturową”, bynajmniej nie wyjaśniając, jak rozumie to ostatnie pojęcie. A jest to pojęcie niejasne, mętne, zatrute, dlatego w tym miejscu konwencja jest najbardziej niebezpieczna. Wprowadza się do naszego kraju prawa i pojęcia niezgodne z naszymi, utrwalonymi tradycją normami etycznymi, i czyni się to, o zgrozo, rękami naszych własnych przywódców, którzy nie widzą problemu. Konwencja to tylko jeden z frontów wielkiej wojny ideologicznej, której celem jest wtopienie nas w organizm europejski i narzucenie nam nowego systemu wartości, sprzecznego z naszą wielowiekową, narodową tradycją. Celem jest całkowite unicestwienie tego narodu z jego kulturą, etyką, rozmycie jego wyrazistości w magmie nowoczesnej europejskości. I robi się to jego własnymi rękami, w parlamencie, przez własne intelektualne czy pseudointelektualne, konformistyczne elity. Cios samobójczy, ale zgodny z europejskim kierunkiem przemian. A ponieważ konwencja nie tylko chce chronić przed przemocą, ale także wymusza zadania dla oświaty na każdym etapie edukacyjnym, należy ją traktować jako groźbę dla uprawomocnienia tresury ideologicznej naszych dzieci – od przedszkola do uniwersytetu – aby stały się wyznawcami dogmatu nowej wiary o istnieniu „płci społeczno-kulturowej”. Jeśli mamy jeszcze szansę się bronić, to róbmy to na wszelkie sposoby, przez media, ambony, katedry szkolne, także przy urnie wyborczej.

Zobacz kolejny artykuł

Pali się! [FELIETON]

I stało się! Zawyły syreny! Pożar! Trochę późno, bo paliło się od dawna, ale jak …