Felieton – Widziane ze skarpy

To nam rząd zrobił prezent w środku lata! Czyżby chciał konkurować ze Świętym Mikołajem, wykorzystując sprzyjające okoliczności klimatyczne (ciężko się poruszać saniami w środku lata)? Mowa tu oczywiście o projekcie poselskim (to taki sprytny wybieg, kiedy rząd chce swoje pomysły przeprowadzić przez ścieżkę legislacyjną po najmniejszej linii oporu) ustawy wprowadzającej tak zwaną opłatę paliwową (tu kolejny eufemizm, na określenie nowego podatku). Do ceny litra paliwa doliczane będzie dwadzieścia groszy plus VAT. I należałoby bezwzględnie takie barbarzyńskie dojenie podatnika (w tym akurat wypadku tych, którzy używają pojazdów mechanicznych), gdyby nie pewna nadzwyczajna cecha owego haraczu. Rzecz w tym, że według pomysłodawców tego rozwiązania przyniesie ono same korzyści. Bez żadnych kosztów! Według klasycznej ekonomii takie cuda w przyrodzie nie występują. Ale ekonomia socjalistyczna, jako postępowa, nie zna ograniczeń. Zapewne Szanowni Czytelnicy pamiętają wypowiedź jednego z najważniejszych polityków lewicowych w naszym pięknym kraju, że kiedy jego partia obieca gruszki na wierzbie, to te gruszki na niej wyrosną!
Teraz partia mówi, że choć do litra trzeba będzie dopłacać dwadzieścia parę groszy, to ceny paliw na stacjach nie wzrosną! Za to przybędzie pieniędzy na budowę i remonty dróg powiatowych i gminnych oraz mostów na drogach wojewódzkich. Czyli miód na serce każdego kierowcy, który musi z owych dróg korzystać. A ponadto korzyści stricte ekonomiczne. Tak, tak! Jazda po równych jak stół nawierzchniach skutkować będzie radykalnym zmniejszeniem liczby wypadków. A każdy taki wypadek to wymierne straty materialne. Rozbite samochody, ranni ludzie, których trzeba leczyć, a często i rentę wypłacać, ofiary śmiertelne, osierocone wdowy i dzieci wymagające wsparcia… A takich wypadków na drogach lokalnych notuje się szesnaście tysięcy rocznie. Z tysiącem ofiar śmiertelnych i osiemnastoma tysiącami rannych! O uszkodzonych na skutek dziurawych nawierzchni pojazdach w tych okolicznościach nie wypada nawet wspominać.
A dzięki rządowemu pomysłowi liczby te ulegną znacznemu obniżeniu. I wypada się tylko cieszyć. Z jednym drobnym zastrzeżeniem. Oby zamiast koncentrować się dziurach, kierowcy jadąc po równych jak stół szosach nie oddali się błogiej refleksji nad zmyślnością rządowych ekonomistów. I nad pytaniem, kto w ostatecznym rachunku zapłaci owe brakujące dwadzieścia kilka groszy?

Jerzy Ogonowski

Zobacz kolejny artykuł

Okrakiem na maszcie [FELIETON]

Muszę zacząć od przeprosin. Odkąd bowiem po wielu latach zmienił się format naszego kącika w …