Felieton – Kościoły są im niepotrzebne

Niektórzy obserwatorzy dostrzegają podobieństwo w pewnych aspektach pomiędzy komunizmem i liberalną demokracją w wersji europejskiej, nazywając nawet Unię „Związkiem Socjalistycznych Republik Europejskich”. Można się zgodzić na pewno, że tak jest w podejściu obu systemów do religii. Widać od dawna, że najmniej potrzebnymi do szczęścia zachodnim Europejczykom są kościoły. Co raz słyszy się, że Francuzi zamykają, sprzedają, wyburzają albo obracają na lokale użytkowe swoje zabytkowe chrześcijańskie świątynie. Podobnie dzieje się w innych krajach europejskich. Kiedy rozmawia się z rodakami odwiedzającymi kraje zachodnie, to mówią, że rzadko widują tam kościoły, a jeszcze rzadziej ludzi, którzy byliby zainteresowani, aby je odwiedzać, poza obiektami typowo zabytkowymi. Co za zdumiewający znak czasu. Bolszewicy po zwycięskiej rewolucji zamykali i burzyli świątynie, chcąc w ten sposób zmusić ludzi do wyrzeczenia się religii. Zachodnich Europejczyków nikt nie przymusza do wyrzeczenia się Boga i religii, robią to sami dobrowolnie, łudząc się, że w ten sposób osiągną szczęście.
Właśnie, o czym dowiedzieliśmy się z mediów, trwa batalia o kościół katolicki w Essen, wystawiony przez kurię na sprzedaż, mimo że regularnie odprawiane są tam msze, nie tylko zresztą w niedzielę, ale uczestniczą w nich głównie i tłumnie… Polacy. Kościół musi podzielić los setek, a może już tysięcy niemieckich świątyń, które wyburzono albo zamieniono na restauracje, knajpy, salony masażu i solaria, magazyny mebli, muzea, kasy oszczędności, zakłady produkcyjne, sale sportowe, biblioteki albo sklepy. Praktyczni, pracowici i oszczędni Niemcy potrafią tak postępować, by zawsze odbywało się to w zgodzie w wrodzoną im logiką przedsiębiorczości. Z przytoczonych faktów wyłania się rys wspólny dla dwu, zdawałoby się, całkowicie przeciwnych systemów społeczno-gospodarczych – komunizmu i kapitalizmu. Jest nim eliminacja z życia społeczeństw religii, nie religii w ogóle, tylko religii chrześcijańskiej.
Syci Europejczycy budują, a owszem, coraz bardziej wyrafinowane świątynie, ale są to głównie świątynie rozrywki – gigantyczne stadiony, hale sportowe, sale koncertowe, puby, kluby, służące hipnotyzowaniu współczesnego człowieka, by nie zaprzątał sobie głowy trudami egzystencji. W rezultacie uwagę współczesnego człowieka Zachodu zajmują dwa cele – praca, dzięki której zdobywa środki do życia, i rozrywka, która mu słodzi trudy pracy. Ten model oczywiście przenika już do nas i nie da się ukryć, że w naszych kościołach jest coraz mniej młodych. Można powiedzieć, że źle się dzieje, a będzie jeszcze gorzej. Kiedy Europa Zachodnia sprząta swoje terytorium z obiektów sakralnych o charakterze chrześcijańskim, wznoszą je tam na potęgę przybysze ze Wschodu i Południa. Ktoś te prace oczywiście finansuje i pilnuje, by tempo ich wzrostu nie zostało przyhamowane. Łatwo przewidzieć, co z tego wyniknie, ale głośno o tym mówić nie wolno. Opowiadała mi niedawno osoba mieszkająca w Niemczech, że o tzw. imigrantach w ogóle się nie rozmawia, to temat tabu. Skoro rząd ich sprowadził, to widocznie tak musi być i koniec. Ale też wszyscy się boją, boją się jechać pociągiem, boją się przebywać w dużych skupiskach – na placach, w sklepach, na stadionach, w miejscach handlowych. Ale mówić o tym też nie wolno. Doświadczeni komunizmem wiemy, co to za dziwny stan ducha i skąd się bierze. Oni zdają się jeszcze tego nie wiedzieć.

Wiesław Kopeć

Zobacz kolejny artykuł

Okrakiem na maszcie [FELIETON]

Muszę zacząć od przeprosin. Odkąd bowiem po wielu latach zmienił się format naszego kącika w …