Dzienna zmiana

Trudno policzyć wszystkie kataklizmy, jakie zagrażały, zagrażają, bądź wkrótce mogą zagrozić naszej planecie. Kto jeszcze pamięta zmagania z „dziurą ozonową”? Cóż, minęło jak każda moda. Teraz walczymy z globalnym ociepleniem, zanieczyszczeniem środowiska, martwimy się rychłym wyczerpaniem zasobów naturalnych… Jednak na czele tych trosk, przynajmniej w naszym pięknym kraju, jest obecnie widmo katastrofy demograficznej. Polska się starzeje i powoli wymiera. Młodzi ludzie nie palą się do zakładania rodzin, a jak się już zdecydują, to najchętniej model „dwa plus jeden”, co jest dalece niewystarczające do naturalnej zastępowalności pokoleń. Trzeba by rodzić po dwoje – troje dzieci (by zapełnić lukę po uporczywych singlach). I co nie mniej istotne, zapewnić na przyszłość „siłę roboczą” zdolną do utrzymania rosnącej armii coraz bardziej żywotnych staruszków. Toteż pojawiają się pomysły, jak zmobilizować młodych, bo tylko oni mogą zapobiec katastrofie, do poświęceń dla ginącej ludzkości poprzez ciężką pracę dla podtrzymania gatunku. A ponieważ nic tak nie przemawia do wyobraźni jak żywa gotówka, to wymyślono program współfinansowania procesu wychowania dzieci z budżetu państwa. Pominę ocenę tego przedsięwzięcia, a skupię się na ocenie zagrożenia, któremu ma zapobiegać.
Kiedyś na tym miejscu pisałem, że nie podzielam poglądu, iż liczba ludności, zarówno na świecie, jak i w poszczególnych krajach musi nieustannie rosnąć. Już w dziewiętnastym wieku niejaki Thomas Robert Malthus przestrzegał przed przeludnieniem, które musi doprowadzić do braków żywności, a w efekcie masowego głodu, chorób i innych nieszczęść. Dziś walczymy z masowym marnotrawstwem nadmiaru żywności… A liczba ludności na świecie ciągle rośnie. Niestety nie jest tak, że im więcej dzieci w rodzinach, tym kraj bardziej rośnie w siłę, a ludziom żyje się dostatniej. Nie ma problemu z przyrostem naturalnym w Afryce, w Indiach, na Filipinach… Problem dotyczy przede wszystkim Europy. I to najbardziej rozwiniętej części. Tyle, że póki co jeszcze katastrofy cywilizacyjnej z tego powodu nie widać. Nadal są to państwa zamożne, z silną gospodarką i nawet jeśli wzrost PKB mają mizerny, a czasem i ujemny, to nędza im w dającej się przewidzieć przyszłości nie zagraża. Gorzej u nas, bo musimy gonić! Ale goni się wydajnością pracy, a nie liczbą pracowników! Kanada, kraj ludnościowo podobny do Polski, ma PKB ponad trzy razy większy od naszego. I to jest zadanie do wykonania! Powtórzę, kraje o małej liczbie ludności wcale nie są z definicji biedniejsze od tych gęsto zaludnionych. Szwecja, Szwajcaria, Finlandia, Dania, Norwegia, Irlandia… Wszystkie poniżej dziesięciu milionów ludności. Nam do takiej liczby naprawdę daleko. Weźmy się do roboty! W dzień, nie w nocy…
Jerzy Ogonowski

Zobacz kolejny artykuł

Kiepska lekcja demokracji [FELIETON]

Kiedy piszę te słowa, strajk w oświacie wciąż trwa. Wszyscy mówią wokoło, że nauczyciele walczą …