Zimowe klenie z nizinnej rzeki (1)

Rzekę podniosło nieco. Zatopiło przykosy i kamienne rafy. Zanurzyły się główki i część przybrzeżnych opasek. Tylko najwyższe ostrogi przeciwstawiają się nurtowi. Od lat mróz nie skuł całej rzeki. Czasem tylko zamroził ją przy brzegach, obrzucił krą farwater. Najczęściej jednak woda była wolna od lodu. Ale cicha, ołowiana, pozornie martwa. Nawet słoneczne dni nie zmieniały przykrego wrażenia. Promienie światła nie potrafiły się przebić przez mętność namułów wymywanych z zatopionych wysp i brzegów.
Poznikali wędkarze, spacerowiczów można dojrzeć jedynie na śródmiejskich bulwarach. Większość najbardziej zagorzałych spinningistów wynosi się w weekendy na pomorskie rzeki ku nowej przygodzie z trocią wędrowną. Nie każdego stać na wyprawy tak dalekie, nie każda żona gotowa jest spędzać wolne dni w samotności. Nizinne rzeki nie zachęcają do wycieczek ze spinningiem w dłoni.
Tymczasem cisza wody jest pozorna. Większość ryb nie zapada w zimowy letarg, aczkolwiek apetytem nie grzeszą. Na dobrą sprawę jedynie klenie, z rzadka bolenie i brzany, miewają napady głodu nie do powstrzymania.
I właśnie kleń może być celem spinningowych wypraw w samym środku zimy. Jedynie tęgie mrozy mogą spędzić tę rybę z nurtu, przytrzymać ją w głębszych dołach za wyspami, rafami i ustalonymi mocno przykosami. Na ogół jednak klenie lokują się w cieniach prądowych – za kamieniami, zatopionymi drzewami, przykosami, iłowymi bryłami, w żwirowych wgłębieniach dna, wśród plątaniny przybrzeżnej faszyny i patyków, przed i za ostrogami.

Tekst i fot. Andrzej Konowrocki

Zobacz kolejny artykuł

Zimowe płocie (1)

Spławikowe połowy spod lodu nie muszą już kojarzyć się z prymitywem. I choć w wędkarskim …