Z wędkarskiego notatnika (2)

Stoję w wodzie. Cóż za rozkosz! Ani myślę, by dopaść pokrowca z wędkami i zacząć łowienie. Nie wierzę w te szczupaki. Prędzej jakieś okonki, ale do nich wcale mi się nie pali. Jacek już na pełnych obrotach, rzuca jak w transie. Kamienna twarz, pełna napięcia i koncentracji. Zdaje się, że traktuje te szczupaki całkiem serio. Przed nami leży szeroki, łagodnie opadający ku gwałtownej stromiźnie podwodny stok. Jacek zachwala, że to okoniowe miejsce i trafiają się tam niezłe sztuki, że lubi też podejść duży szczupak. Bardziej jakoś trafiają do mnie te okonie, toteż pod nie właśnie dobieram sprzęt. Żyłka osiemnastka i małe, trzyipółcentymetrowe woblerki własnej produkcji. Macham ze dwa kwadranse w tym palącym słońcu jak na patelni. Od razu przypiekam się, sucho mi w gardle, nawet papierosy mi nie smakują. Oczywiście nic, jak w studni. W dodatku niemal zupełnie wycisza się wiatr i rośnie duchota.
Jacek przynagla, żeby ruszyć się, pomacać z marszu, ale tak naprawdę to nic już mi się nie chce, ani z miejsca, ani z marszu. Nie wierzę już nawet w okonie, choćby te niewielkie. Najchętniej zrzuciłbym z siebie wszystko i zanurzył się w chłodnej wodzie. Idę jednak w kierunku zapory w ślad za Jackiem. Wszędzie głębia, podwodne urwiska, rumowiska, pnie drzew z plątaniną korzeni wypłukanych z podłoża przez podwodne prądy. Woda ma ciepły, słodki odcień szmaragdu i zionie pustką. Czasem tylko pokaże się jakiś kleń tuż pod powierzchnią wygrzewający się w słońcu. Gdzie tu szukać ryb, jak je łowić na tych ostrych, gwałtownych spadach? Im bliżej zapory, tym głębiej i mniej dostępnie.

Tekst i fot. Andrzej Konowrocki

Zobacz kolejny artykuł

Z wędkarskiego notatnika

Dzisiaj jadę sam, na wczesną popołudniówkę. Postanawiam jeszcze raz spróbować szczęścia powyżej Ząbrowa, w olchach, …

Łowienie z opadu

Białe ryby żerują albo na dnie, albo pod powierzchnią wody (przynajmniej w większości przypadków). Latem …