Z wędkarskiego notatnika (1)

Moje zainteresowanie skupiało się na prostce poniżej Czarnego Wiru już od kilku dni – od kiedy zaczęła tam polować blisko metrowa „głowa”. Problem polegał na tym, że Poprad był bardzo niski i czysty, więc w żaden sposób nie mogłem jej podejść i tak podać przynęty, by nie wykryła podstępu lub nie zobaczyła mnie. Chodziła zawsze przed południem i głośno, widowiskowo biła na krawędzi wlewu rynny. Czasem zapuszczała się nieco wyżej, na niegłębokie bystrze. W powietrze strzelały bryzgi wody, a pośród nich pojawiał się potężny łeb i rozwarta paszcza, kłapiąca jak u rozwścieczonego psa, a za nimi szeroki, muskularny grzbiet w gibkich, sprawnych zwrotach. Innym razem dawał się zauważyć tylko lej i odskakujące w panice ukleje, klenie, lipienie, czasem brzany. Kilka minut spokoju i znowu. Kończyła zawsze po dwunastej, niemal z zegarkiem w ręku. Byłem chory z bezradności wobec niej. Wprawdzie raz uderzyła mi w kilkunastocentymetrową imitację klenia, ale nie zapięła się. Właściwie to było tylko delikatne przytrzymanie, po którym zaraz puściła. Zazwyczaj jednak bawiliśmy się w kotka i myszkę. Bawiliśmy się – ładnie to brzmi. Tak naprawdę to ona bawiła się mną. Nieraz czułem się upokorzony i schodziłem z wody w podłym nastroju. Każdy dzień stawiał przede mną coraz większe wyzwanie i raczył mnie wciąż boleśniejszą porażką. Z wolna traciłem już nadzieję.
Wreszcie któregoś dnia późnym popołudniem nasunął się niżowy front atmosferyczny i pomyślałem, że może właśnie teraz… Podeszczowa, trącona woda mogła być moim sprzymierzeńcem. Prawie nie spałem w nocy, nękany myślami i półsennymi zwidami, nie mogąc doczekać się ranka ani zdrowego snu.

Tekst i fot. Andrzej Konowrocki

 

Zobacz kolejny artykuł

Z wędkarskiego notatnika (2)

Natychmiast poczułem przypływ nadziei, że może nie tak całkiem bez sensu jest to wędkowanie, choćby …

Późnojesienny spinning w płytkich łowiskach

Akweny zarośnięte przez znaczną część sezonu „siecią” roślinności wodnej, utkanej najczęściej z wywłócznika, rogatka, moczarki …