Wigilijna Opowieść (1)

Tego ranka aura nie zachęcała do wyjścia nad wodę. Grudniowy dzień zapowiadał się zimny i wietrzny. Po niebie sunęły ciężkie, nabrzmiałe, szaro-granatowe chmury. Padał przelotnie deszcz ze śniegiem. Czasem tylko, na krótko, chmury rozstępowały się i świeciło słońce. Spoglądałem w okno z niesmakiem, więcej – z nutką goryczy. Bowiem wszystko wskazywało, że i ten dzień trzeba będzie zaliczyć do straconych. Mimo to, będąc niepoprawnym optymistą, wciąż tlił się we mnie nikły płomyk nadziei, że może jednak rozpogodzi się. Jednocześnie jakaś wewnętrzna siła, na przekór rozsądkowi, pchała mnie ku kolejnej, nowej, wędkarskiej przygodzie. Wahałem się, zwlekając z podjęciem ostatecznej decyzji. W końcu zew krwi zwyciężył. Teraz w pośpiechu przygotowywałem kanapki, termos z herbatą, byle tylko szybciej wyruszyć.
Kiedy dwa kwadranse później jechałem leśną drogą wiodącą do rzeki, cieszyłem się jak dziecko. Narastało podniecenie. Leśne pustkowie, chociaż nieco pozbawione o tej porze roku blasku i wigoru, mimo wszystko fascynowało i pociągało, a świat – pomimo dość ponurej aury wydawał się piękny. Potrzeba mi tego było jak powietrza. Coraz rzadziej miałem bowiem okazję zapuszczać się w te strony.
Wkrótce zjechałem w rzeczną dolinę. Jej środkiem wił się wąski pas olch. Pomiędzy nimi płynęła rzeka. Znałem ją dobrze. Niegdyś często bywałem z wędką nad jej brzegami. Teraz najczęściej jest obiektem tęsknot i pożądań. Szczególnie jesienią, kiedy pstrągową pustkę wypełniają lipieniowe wojaże.
Zatrzymałem auto w pobliżu rozpadającego się drewnianego mostu. Wychodząc z niego uderzył we mnie nieprzyjemny, przenikliwy, zimowy powiew arktycznego, północnego wiatru. Założyłem kurtkę, czapkę i naciągnąłem kaptur. Ostrożnie wszedłem na most, aby spojrzeć na rzekę. Stan wody był niski, nurt klarowny, sprzyjający wędkarskim poczynaniom ukierunkowanym na połów lipieni. Nieco wątpliwości wzniecała jedynie pogoda. Jej dynamika mogła mieć niekorzystny wpływ na żerową aktywność tych ryb. Mimo to byłem dobrej myśli, pocieszając się w duchu, że pewnie uda się coś skusić do brania. Wróciłem do auta. Złożyłem spinning.

Tekst i fot. Andrzej Konowrocki

Zobacz kolejny artykuł

Pora na miętusa

Późną jesienią, od początków października aż do nastania silnych mrozów, spędzam z kolegą prawie każdy …

Z wędkarskiego notatnika (2)

Natychmiast poczułem przypływ nadziei, że może nie tak całkiem bez sensu jest to wędkowanie, choćby …