Przelew

Stoję w swoim ulubionym miejscu. Woda jest taka akurat. Idzie mocno, a trzydzieści metrów niżej widać, jak faluje na kamieniach płytkiego przelewu. Przy niskim stanie wody po tej kamienno-żwirowej przykosie można przejść w woderach na drugą stronę Wisły.
Rzucam w nurt 4,5-centymetrowym, podłużnym, pływającym woblerem w naturalnych kolorach. Wypuszczam go daleko w prądy i daję mu tam popracować. Już przy drugim rzucie, gdy wobler jest około czterdziestu metrów poniżej mojego stanowiska, mam ostre branie. Ryba wali mocno w przynętę i idzie rozpędem w środek rzeki. Moment emocji i… luz. Kolejne spotkanie z grubym boleniem, mam nadzieję, że tym samym od paru lat, znów zakończyło się przed czasem. Łowiąc na żyłkę 0,18 mm na stojący wobler bardzo trudno wbić w twarde szczęki bolenia małą kotwiczkę.
Rzucam ponownie, ściągam wolno, nieregularnie, z długimi postojami. Gdy wobler wpada w bystrzejszą wodę, drgania są wyraźniejsze i gęstsze, od czasu do czasu ster stuka o kamienie na dnie. Nagle mocne i pewne przytrzymanie. Zacinam. Ryba przywiera do dna i podejmuje wolną, wytrwałą wędrówkę pod prąd. Wybieram luz i kontroluję jej ruchy. Wiem już, że to brzana, bo z dziewięciu łowionych tu przeze mnie gatunków tylko ona jest tak uprzejma, że przypływa mi pod nogi. Na ogół ryby są mniej skore do współpracy. Wtedy trzeba zaciętą sztukę ściągać pod silny prąd rzeki z odległości kilkudziesięciu metrów. Bywa to ekscytujące, ale zawsze jest żmudne i zajmuje cenne kwadranse z czasu najlepszych brań.

Tekst i fot. Andrzej Konowrocki

Zobacz kolejny artykuł

Toniowe spinningowanie (1)

Kilkunasto-, kilkudziesięciometrowe tonie jezior sielawowych długo jeszcze będą dla nas wielką tajemnicą. Kto w nich …

Z wędkarskiego notatnika

Dzisiaj zapuszczam się na słabo mi znany odcinek dolnej Drawy. Coraz mocniej przygrzewające słońce i …