Pora na miętusa

Późną jesienią, od początków października aż do nastania silnych mrozów, spędzam z kolegą prawie każdy wolny wieczór na miętusowym łowisku, najczęściej na Dunajcu.
Czekaliśmy na jak najgorszą pogodę, kiedy szalała śnieżyca, wiało albo chlapało deszczem i śniegiem. Wyniki były pewne.
Najlepiej kiedy takiej paskudnej pogodzie towarzyszyła mętna woda. Mogło to być naturalne zmącenie po deszczach, ale wodę mogły też mącić pracujące kilka kilometrów wyżej spychacze. Wtedy miętusy brały znakomicie. Duże znaczenie miał też poziom wody w rzece. Najlepiej, kiedy był średni i stabilny lub gdy bardzo wolno opadał. Jeżeli poziom był wysoki, rzeka przybierała, a woda była mocno zmącona, miętusy nie brały nawet podczas jesiennej szarugi.
Najlepsze brania były późnym wieczorem. Pierwsze miętusy wyciągaliśmy jeszcze przed zmierzchem, a potem żerowanie coraz bardziej się nasilało. Ale nad wodę wybieraliśmy się już późnym popołudniem, żeby zawczasu obejrzeć stanowiska, nałowić ryb na przynętę, naszykować wędki i przypony.
Duże miętusy grasowały w ławicach i przeczesywały łowisko regularnie co kilkadziesiąt minut. Jest to bardzo widowiskowe. Kilku wędkarzy łowi obok siebie. Na brzegu ustawili rzędem sześć, czasami osiem wędek. Branie jest najpierw na pierwszej wędce, potem na drugiej, trzeciej i tak po kolei aż do ostatniej. Czasem w ciągu jednego wieczoru takie serie brań powtarzały się kilka razy. Gdy zapadły zupełne ciemności, brań było już mniej. Ustawały zwykle około godziny 21.

Tekst i fot. Andrzej Konowrocki

Zobacz kolejny artykuł

Jelce na przepływankę

Swoje pierwsze jelce łowiłem wiele lat temu na prawobrzeżnym, podwarszawskim dopływie Wisły, rzece Świder. Ryby …