Akapulko (2)

Nasila się wiatr. Jego porywy są coraz bardziej przenikliwe, kąśliwe. Łowiący nieopodal wędkarze zaczynają narzekać, że sieja słabo dzisiaj żeruje, że nie ma co dłużej siedzieć – bo zimno i brania są coraz rzadsze. Wkrótce zwijają sprzęt i odchodzą. Zostaję sam. Pełen wiary i nadziei, że być może doczekam jeszcze kolejnego brania ryby, pomimo narzekań i rezygnacji tubylców.
Trochę już zmarzłem, kiedy poczułem wreszcie znajome już, ostre targnięcie i ten sam, tępy opór ryby. Krótkie, dynamiczne targnięcia, pulsujące głęboko w toni. Pomny wcześniejszej porażki zaczynam się obawiać, aby i tym razem nie doszło do nieszczęścia. Odkładam wędkę na lód i chwytam żyłkę, pośpiesznie wyciągając ją z wody metr po metrze. Czuję jak na drugim jej końcu miota się sieja. Powoli, nie spiesz się – nakazuje rozsądek. Im bliżej ją mam, tym silniejsze szarpnięcia. Pewien jestem, że ta jest znacznie większa. Narastają emocje. Krew buzuje mi w skroniach, serce wali w piersi niczym młot pneumatyczny. Radość i starach na przemian przemykają po głowie. Sieja, już tuż pod krawędzią lodu. Widzę ją. Robi wrażenie. Jestem przekonany, że ma co najmniej dwa i pół kilograma! Wprowadzam ją w otwór w lodzie. Drżą mi ręce. Silne targnięcie, i… żyłka pęka niczym nitka, a sieja daje nura w toń jeziora. Chce mi się wyć z rozpaczy! W jednej chwili wielka gorycz, niczym jad, zaczyna trawić moje ciało i umysł. Mam dość. Wracam.

***
Dzisiaj pogoda wprost wymarzona. Niski pułap chmur i lekkie zamglenie. Wiatr w porywach silny, lecz ciepły, południowy i południowo-zachodni. Idę na „poganty”, na głębokie, ponad trzydziestometrowe ploso. Mgła nieco utrudnia orientację na dużej, otwartej przestrzeni jeziora, mimo to jakoś udaje mi się trafić na łowisko.
To niebywałe! Pierwszy wykuty przerębel, może pięć minut łowienia i czuję na drugim końcu wędki tępy opór. Niesamowita radość! Czas leczy rany, rosnąca praktyka i doświadczenie eliminują błędy. W ciągu minionego miesiąca poniosłem wiele porażek, ale też wiele się nauczyłem. Pomyślałem, że albo teraz, albo dopiero za rok, bo zima ma się już ku końcowi i tylko patrzeć, jak lód zacznie tajać. Starałem się panować nad rosnącym z każdą chwilą podnieceniem, skupiając całą uwagę na wolnym, delikatnym, rozważnym holu ryby. O nie, już nie dam się zaskoczyć. Zbyt dobrze znam ten fortel. Popuszczam żyłkę, utrzymując ją w lekkim naprężeniu tak, by stawiała rybie nieznaczny opór. Skutkuje, sieja kapituluje. Podciągam ją ponownie ku krawędzi lodu i wprowadzam w przerębel. Teraz już spokojnie, z zimną krwią, panując nad emocjami, powoli, ostrożnie, ładuję rybę wyślizgiem na powierzchnię lodu. Udało się! Wreszcie przełamuję złą passę. Wędkarska ekstaza, bo oto leży na lodzie wspaniała, wymarzona, pierwsza wyholowana przeze mnie smukła, srebrzysta sieja.
Jezioro Dargin, marzec 1986.
Tekst i fot. Andrzej Konowrocki

Zobacz kolejny artykuł

Wiosna z obrotówką (1)

Biorąc pod uwagę różnorodność łowisk, gatunki poławianych ryb i zmienne warunki spinningowania, moją bezapelacyjne najlepszą …