Bosa i piękna

Gdyby wszystko szło do przodu, gładko jak po maśle i zgodnie z duchem czasu, gdyby życie chciało płynąć równym nurtem, bez gwałtownych skrętów i zawirowań, gdyby nasze problemy znajdowały szybkie rozwiązanie, plany i marzenia czekało rychłe spełnienie, a od mających nadejść jasnych dni nie dzieliło nas tyle głębokich jak studnie nocy (z migocącymi na dnie czarnymi lustrami niespełnień i gorzkich wspomnień) słowem, gdyby bieg wydarzeń nie był czasem hamowany i opóźniany – już dawno byłby koniec świata. Czas wydaje się płynąć coraz szybciej. Postęp techniczny – rozpędzony jak wąskotorowa kolejka, której maszynista zasnął z pustą butelką pod głową – powoduje gwałtowne zmiany kulturowe i społeczne, rozpad utrwalonych przez wieki norm i zwyczajów, a zastępują je sklecone naprędce normy i zwyczaje, po których na pierwszy rzut oka widać wymuszoną przez pośpiech powierzchowność i bylejakość. Rozbiegane oczy i trzęsące się ręce proroków nowych czasów sprawiają, że to, co dziś święte, obowiązujące, lub przynajmniej skupiające zainteresowanie, jutro staje się nic nie warte. Kosmiczne nakłady sił i środków na kampanie wyborcze kolorowo opakowanych proszków do prania, wafelków w polewie czy prezydentów nijak się mają do zawartości. Szum informacyjny – w radio, w telewizji, w słuchawkach telefonów komórkowych, w głośnikach podłączonych do internetu komputerów – jest jak podsycany umiejętnie przez specjalistów płomień pod piekielnym kotłem. Jakby tego było mało, wystarczy włączyć telewizor, otworzyć gazetę albo schylić się po leżące pod nogami ulotki reklamowe, aby przekonać się, że cała ta coraz większa, bardziej skomplikowana i lepiej naoliwiona machina, pracuje specjalnie dla nas. Dla naszego dobra i radości. Wygody i dostatku. Pragnie nas nakarmić, napoić, ubrać i rozweselić, choćby na siłę. Wprost marzy o tym, aby pomóc nam w kuchni i przy dzieciach, wyręczyć nas w problemach, korzystnie skredytować marzenia i sprezentować godziwą starość – o ile wcześniej szlag nas nie trafi przy zarabianiu na to wszystko pieniędzy. Promienny, kojący żal, wywołujący znajome, erotyczne ciepło w okolicach podbrzusza uśmiech dziewczyny z ekranu lub zdjęcia zapewnia, że naprawdę nie trzeba się o nic martwić. Nasze życie przeleci tak szybko, łatwo i bezboleśnie, że nawet tego nie zauważymy. Nam chodzi nie o to samo Zamiast ubolewać, drzeć szaty i zalegać jak Rejtan pod bramą giełdy, portiernią gmachu telewizji czy drzwiami sklepu z grami komputerowymi, trzeba próbować coś zrobić, trochę to wszystko hamować, spowalniać, sypać piasek w tryby kieratu, a starą, cynową łyżeczką do herbaty lać wodę na strzelające iskrami palenisko pod kotłem. Na szczęście, niektórzy wolą rzucać grochem o ścianę niż potem na nim klęczeć. Zaś wołanie na puszczy wydaje im się lepsze od spacerów w błocie i martwym żwirze pośród wykarczowanych drzew. Wydana właśnie płyta Anny Marii Jopek “Bosa” wydaje się takim właśnie ziarenkiem między stalowymi zębatkami i kroplą wody, która ma choć na chwilę osłabić, zawstydzić płomień. Decyduje o tym nawet nie tyle jej muzyczna zawartość, ile ogólna, zwrócona ku wszystkim możliwym zmysłom odbiorcy, oprawa i przesłanie. Twórcy płyty, czyli wokalistka oraz jej artystyczny i życiowy partner Marcin Kydryński (znany od lat z nocnych audycji w Programie III jako “jazzowy sanitariusz”, który okładami z miękkich, delikatnych dźwięków łagodził zrodzone w pośpiechu, tłoku i hałasie rany świata), a także jej realizatorzy zadbali o wyjątkowo staranną aranżację, produkcję i szatę graficzną. Album zdobi książeczka pełna nastrojowych, utrzymanych w jesienno-romantycznej tonacji zdjęć wykonawczyni, fragmentów tekstów utworów, uwag dotyczących realizacji nagrań (w której celowo pominięto cały inwentarz elektroniki i techniki cyfrowej, aby uczynić dźwięk cieplejszym i bardziej naturalnym) oraz wyszukanych acz dyskretnych komplementów pod adresem współtwórców przedsięwzięcia. Całość, w zalewającej sklepowe półki powodzi płyt z byle jak wydaną i rutynowo nagraną muzyką, robi spore wrażenie. Już na pierwszy rzut oka widać, że w porównaniu z producentami i twórcami większości wydawnictw, nastawionymi na szybki i tani efekt, producentom i twórcom “Bosej” – zgodnie ze słowami wyśpiewanymi przez Annę Marię Jopek w piosence “Nielojalność” – naprawdę “chodzi nie o to samo”. Bosa, choć wcale nie nowa Tytuł płyty “Bosa” zwięźle i zręcznie łączy kilka zawartych na niej wątków i skojarzeń. Nawiązuje do wizerunku bosonogiej wokalistki ze zdjęć na okładce, przekornie dzieli pochodzące z jazzowej terminologii “bosanowa” (czyli jazz połączony z rytmiczną muzyką latynoamerykańską), jakby na dowód odejścia Anny Marii Jopek od jazzowego nurtu twórczości – przez płynne wymieszanie go z akustyczną balladą, bluesem, rodzimym folklorem i elementami muzyki ludowej z różnych stron świata – a wreszcie wydaje się symbolizować ideę naturalności i spontaniczności wykonywanej przez nią muzyki. Zestaw nagrań z albumu potwierdza te przypuszczenia, bo mamy tu zarówno stylowe przeróbki nagrań ludowych (“Cyraneczka”, “Tęskno mi, tęskno”), oraz standardów piosenki autorskiej (“Bukowina”, “Nigdy więcej”, “Kiedy mnie już nie będzie”), jak i utrzymane w podobnej – jazzowo, bluesowo, folkowej, przesyconej melancholią – stylistyce nowe nagrania, autorstwa znanych kompozytorów, Włodzimierza Nahornego (“Jednocześnie”) czy – i to dopiero niespodzianka – Wojciecha Kilara (“W smudze cienia”, “Szepty i łzy”, obie z wydanego parę miesięcy temu albumu “Kilar The Best”). W podobny nurt próbują wpisać swoje własne utwory także Anna Maria Jopek (“Nim słońce wstanie”) i Marcin Kydryński (“Jeżeli chcesz”, “Bosa”), które może nie dorównują klasą, dziełom mistrzów, ale mają wiele bezpretensjonalnego uroku i na pewno trzymają styl. Unikalną, niezwykle wyrafinowaną atmosferę płyty – wyraźnie inspirowaną twórczością czarnoskórej wokalistki Cassandry Wilson, która tak samo wyszła od jazzu, a doszła nie wiadomo dokąd albo jeszcze dalej – tworzą jednak przede wszystkim zaproszeni do studia znakomici muzycy (m.in. Andrzej Jagodziński, Cezary Konrad, Robert Majewski, Henryk Miśkiewicz, Leszek Możdżer i Jacek Urbaniak). Nawet słyszalny momentami w głosie wokalistki brak przychodzącej po latach artystycznych i życiowych doświadczeń tej charakterystycznej szorstkiej, poszarzałej jak metal na deszczu, indywidualnej barwy, przestaje mieć znaczenie, gdy śpiew wtapia się w instrumentalne tło niczym leśny kamień w mech. Niewiele nagrywa się takich płyt. Niewiele powstaje utworów wykonane z taką czułością i troską o każdą nutę, zaś nagranych w sposób tak plastyczny i namacalny, że muzyka po prostu wypływa z głośników, pełznie po podłodze w pokoju, aż po nogach, brzuchu i ramionach dociera do uszu. Wygląda na to, że powstają jakby wbrew, na przekór siłom rozpędzającym świat, by wirował coraz szybciej i sprawiają, że cienki drucik, na którym wisi pod niebieskim sufitem, nie ukręcił się jeszcze i nie urwał. Maciej Woźniak Za płyty i życzliwość dziękujemy stoisku muzycznemu “Swing” w Domu Handlowym TSS na I piętrze.

Zobacz kolejny artykuł

Przetarg na remont mostu

Miejski Zarząd Dróg ogłosił przetarg na remont mostu im. Legionów Piłsudskiego. W ramach prac drogowcy …